poniedziałek, 30 września 2013




Wziąłem z biurka swój pistolet. Wyciągnąłem magazynek i spojrzałem na jego zawartość. "Pięć naboi i jeden w komorze w gotowści" zauważyłem. Wstałem. Zauważyłem że na biurku stoi butelka mleka. Zaniosłem ją do sypialni i położyłem na szafce. Schowałem berette za pasek i ruszyłem do szafy z sprzętem. Zabrałem pas z przyczepionymi nożami i założyłem go nad pasem od pistoletów. Sprawdziłem czy wszystko się zgadza odruchowo sprawdzając czy mam także drugi pistolet. Oczywiści go nie było. Wróciłem do szafy.  Złapałem jeszcze płaszcz i zarzuciłem go na siebie. Rozejrzałem się po mieszkaniu.   Ruszyłem w stronę wyjścia. Wychodząc luknąłem na pustke w moim mieszkaniu. Wyszedłem zakluczając je.

            Zszedłem po schodach i wyszedłem przez drzwi zewnętrzne. Były one w bardzo słabym stanie, a zawiasy były od bardzo dawna do naoliwienia. Wielokrotnie zgłaszałem że je naprawie, lecz nie dostałem zezwolenia z jekiegoś błachego powodu.  Na zewnątrz burza piaskowa trwała w najlepsze. Ruszyłem w stronę zajazdu "Pod Martwym Mutkiem". "Jak  ja nienawidzę idiotów wymyślających nazwy barów zajazdów i tym podobnych rzeczy" wymruczałem pod nosem sam do siebie. Przy jednym z budynków stało dwoje ludzi ukrywając się przed burzą piaskową.
-Widziałeś tego idiotę w barze?- stanąłem kawałek dalej, aby posłuchać ich rozmowy. Znałem ich z tego że można usłyszeć od nich wiele ciekawych informacji.
-No. Był wielki jak szafa. Na plecach miał łuk, miecz i jakieś strzały.- Odpowiedział drugi.
-Stary. jak rypnął karczmarza to ten wyglądał, jakby niewiedział czy słoń po nim przeszedł czy moloch mu żone zajebał.- Słuchałem ich rozmowy, jednocześnie będąc zdumiony logiką ich porównań.
-Ale szeryf był fajniejszy co nie?- nagle przeskoczyli do rozmowy o innej osobie.
-Eeee tam... myślał że ma spluwe i jest fajny. Chodź fakt faktem chodź raz się do czegoś przydał.-rozmawiali dalej, lecz ja ruszyłem w dalszą drogę. Parenaście kroków stanąłem przed drzwiami zajazdu. Miałem już pchnąć drzwi, gdy usłyszałem jakiś hałas za nimi. Odruchowo się odsunąłem. Momentalnie przez drzwi wyleciał jakiś facet, niski z  dziwną czarną czapką na głowie i w podartym ubraniu. Za nim wyskoczył karczmarz, krzycząc "Za darmo to nawet kopa w dupę nie dostaniesz". Znałem go dość długi czas, jednak nigdy nie widziałem, aby był w tak złym  humorze. W końcu zauważył mnie. Momentalnie się uśmiechnął.
-Siemanko Rave, jak leci?- odezwał się w końcu.
-Dobrze , a u ciebie?- Spojrzałem na jego twarz i zauważyłem ogromną sieniec na prawej cześci twarzy. Nie odpowiedział. Wszedł do środka. Zrobiłem to samo. W środku jak zwykle było duszno. Pełno dumu papierosowego, który palił aż w oczy. Do tego tłok ludzi ustawiających się kolejce. Zajazd był dość dużym budynkiem, który był zawsze zatłoczony. Na przeciwko wejścia znajdowała się lada, obok niej po prawej schody które prowadziły do pomieszczeń do wynajęcia. Po lewej były wejście do kuchni i magazynu. W koło na sali wszędzie znajdowały się stoliki z większą bądź miejszą ilością krzeseł. Stanąłem mniej więcej na środku głównego pomieszczenia.
-Jest tu ktoś imieniem Tomir.- krzyknąłem jak najgłośniej potrafiłem. Wszyscy zaczeli patrzeć po sobie. "Kuźwa" przekląłem w myślach. Przypomniało mi się z tego co słyszałem nie grzeszy on inteligencją. -Tomir podnieś rękę w górę.- Powtórnie krzyknąłem. Tym razem jeden z potężniej zbudowanych osób w sali podniósł rękę. Zauważyłem, że karczmarz wskazuje mi jeden wolny stolik. -Mam dla ciebie propozycje pracy.- Powiedziałem zmierzając do stolika. Zauważyłem że wraz z nim wstaje jeszcze jedna osoba. Pierwszy moment myślałem że to mężczyzna, jednak po chwili zauważyłem pewne szczegóły odpowiednie dla kobiety.  Usiadłem na krześle. Po chwili usiedli oboje obok na przeciw mnie.
-O co chodzi?- zapytała mnie kobieta. -Nazywam się Rave. Zostałem zakwalifikowany do misji aby pomóc posterunkowi w pozbyciu się pewnej choroby. -Rozpocząłem tłumaczenie. Rozsiadłem się wygodnie na krześle. -Potrzebny w tym celu lek znajduje się w San Francizko w zakładach polparama.- Mówiłem dalej. Kobieta mnie słuchała, jednak Tomir bardzo widocznie był nie zainteresowny sprawą.
-I w czym my jesteśmy ci potrzebni?- Zdziwioło mnie słowo my.
-Potrzebuje pomocy w razie sytuacji niebezpiecznej. Misja podlega pod miano samobójczej z dużą szansą powodzenia.- odpowiedziałem dodając i szczerze mówiąc znaczenie. Tomir widocznie nie miał ochoty udawać się na tą misje.
-Co dostaniemy za pomoc?- zadała oczywiste pytanie.
-Wszystko po za celem misji co tam znajdziemy jest nasze.-odpowiedziałem najzwięźlej jak umiałem.
-Tomir idź mi zamów jakieś piwo.- stwierdziła po chwili kobieta.  - Nic ciekawego w tej misji nie widzę.- Stwierdziła w końcu, gdy mężczyzna zaczął wstawać i ruszać w kierunku lady.
-Dobra. Czyli taka jest twoja decyzja Tomir?- zwróciłem się w końcu do niego nim zdążył się oddalić. Kobieta spojrzała na niego.
-Ttttak.- potwierdził idąc dalej po piwo.
-I tak nie lubię się użerać się z molochem.-Wstałem i powoli zacząłem oddalać się w stronę drzwi.
-Czekaj. Z molochem mówisz. Powiedz coś więcej.- zdziwiony nagłą zmianą wróciłem na miejsce.
-Podejrzewa się że moloch wywołał tą epidemie, a oprócz tego istnieje prawdopodobieństwo że w San Francizko znajdują się wszelakiego rodzaju mutanty molocha.- zauważyłem nagły nawrót entuzjazmu i chęci współpracy z jej strony.
-Dobra, trzeba dokopać molochowi. Bierzemy tą robotę.- W końcu wybuchneła pełną entuzjazmu zgodą.
-Misja rozpoczyna się jutro o szóstej, a musimy wyrobić się do dwudziestej drugiej i znaleźć w miejscu ewakuacji. W razie spóźnienia helikopter odleci bez nas. - powiedziałem ruszając się z miejsca. W tej chwili wrócił Tomir z jakimś smierdzącym alkoholem zamiast piwa. -Odprawa jest jutro pół godziny przed misją.
-Tak szybko.- nagle wymarudził. -Ja wstaje zazwyczaj o dziesiątej.- kontynułował.
-Cicho badź. Skoro można dokopać molochowi to dasz radę. -przerwała jego marudzenie.
-Nie chcę.- próbował kontynułować.
-Dostałem trochę materiału wybuchowego. Będzie bum.- użyłem argumentu jak dla dziecka.
-Ale ma być duże. -Odpowiedział i zamilkł.
-Macie gdzie spać?- zapytałem w końcu.
-Nie zbyt.- odpowiedziała.- Ale właściwie.- spojrzała na mnie charakterystycznie.
-Dobra, pewnie skoro się zgodziliście się pomóc mam was przenocować.- odpowiedziałem stwierdzając fakt. Wstali. -Chodzcie za mną. -Ruszyłem w stronę wyjścia. Kiwnąłem do karczmarza w podziękowaniu za załatwienie miejsc i wyszedłem z zajazdu. Całą drogę szli cicho. Weszliśmy do budynku w którym znajdowało się moje mieszkanie. 

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ludzie, tego praktycznie nie da się czytać - wszędzie błędy, powtórzenia, literówki, interpunkcja niemalże leży. Przeczytajcie ten tekst z 15 razy i zwracajcie uwagę na podkreślenia!