środa, 16 kwietnia 2014

Osegorn Opowiadanie #1



#1



Pierwsze, blade, nieśmiałe promienie wschodzącego słońca nad stepem zaczęły rozpraszać mrok i chłód nocy odbijając w rosie swój złoty blask. Jak okiem sięgnąć, wszechobecne trawy połyskiwały ciepłym blaskiem budząc ze snu swoich mieszkańców. Gdzie niegdzie dał się słyszeć szelest przemykających małych gryzoni, pojedyncze ćwierkania i szum skrzydeł, oraz nawoływania godowe wielkich, Szlachetnych Jeleni- opiekunów stepów ogłaszających swoje przybycie głośnym porykiwaniem. Szum wiatru i stukot kopyt o ziemię nie zapowiadał tego, co miało nastąpić.
Gdy słońce pokazało się nad horyzontem, a ciepło poczęło muskać połyskliwe futerka przycupniętych przy ziemi myszy polnych z oddali dało się słyszeć odgłosy burzy. Dudnienie było rytmiczne, a na niebo przejrzyste. Wszyscy mieszkańcy stepu nie potrafili określić źródła dźwięku. Jelenie, jako że były ze wszystkich największe i najodważniejsze, jedyne ruszyły w stronę z której docierał dźwięk. Nie uszły daleko kiedy dobiegł ich zapach ognia, mimo to wędrowały dalej.
Z pagórka nieopodal, roztaczał się widok na rejony bliższe rzece- w języku ludzi nazwanej Manemit, przecinającej krainę traw od lasów na północy aż po brzeg morza na południu- wzdłuż której rosła najbardziej soczysta i największa trawa. Kiedy Opiekunowie Stepów zatrzymali się na wzniesieniu, od razu poczuli nieznany do tej pory zapach.
Stworzenia, które go wydzielały poruszały się na tylnych kończynach, przednimi natomiast podawały jedzenie braciom Koniom, a do tego wszystkiego porozumiewali się jakimś dziwnym językiem. Nie był to język natury, ani język jakiegokolwiek plemienia zwierząt. Szlachetni rogacze mieli już zawracać, aby opowiedzieć wszystkim co widzieli, kiedy wśród obcych rozległo się długie, przeciągłe, stłumione wycie. W jednej chwili obcy dosiedli Koni i galopem ruszyli w stronę rogatych zwiadowców na wzgórzu.
Potem był już tylko galop, gwizdy obcych, świst śmigających jak piorun koło uszu gałązek, galop, krzyk bólu jednego, dwóch może trojga z braci, zapach krwi i dalszy galop na złamanie karku…..a gdzieś w oddali krzyki radości obcych.
Daleko na niebie kołowały Kruki, które widziały całe zajście. Żaden nie wydał dźwięku, tylko kolejno zatoczyły krąg nad obozem obcych i rozfrunęły się na wszystkie strony świata niosąc wieść o smutnym końcu żywota braci ze szlachetnego  plemienia Jeleni.

*

Zwiadowca oderwał głowę od ziemi, pociągnął nosem w kierunku wiatru i spojrzał w niebo. Wydał z siebie cichy, chrapliwy dźwięk. Po chwili odwrócił się do pozostałych członków zwiadu cedząc słowa we wspólnym języku Aragenów:
- Wiedziałem…. Wiedziałem, że zabiją któregoś ze Szlachetnych w momencie, gdy wczoraj skra strzeliła z ogniska na mój tatuaż- rozchylił poły kaftanu ze skóry królika prezentując pierś, na której widniało wyobrażenie głowy jelenia z porożem barwy agatu z oparzeniem widocznym między piersiami;
- Lekki podjazd Olmanu, było ich wyrżnąć dwa dni temu…- mruknął jakby do siebie dowódca spluwając przy tym z grzbietu wierzchowca, po czym ryknął na niedawno przyjętego do wojowników młokosa - Młoooooooody!!!!! Podciągaj gacie, ruszamy!!! Ile można sikać?! Z kozą żeś się zabawiał? Toć co postój, to ten gacie w dół i trawę ozłaca; jakby to komu potrzebne było. Ruszaj, że się szybciej cherlaku jeden!!!
Gdy już wszyscy byli w siodle ruszyli z kopyta, kierując się prosto do obozu obcych. Nie minęło dużo czasu jak stanęli na pagórku, skąd parę godzin wcześniej przyglądało się obcym rycerzom stado jeleni. Przypadli do ziemi, kładąc konie przy sobie, licząc ludzi w obozowisku.
-Będzie ich z tuzin- rzekł zwiadowca odwracając się na plecy jednocześnie wypuszczając powietrze, dodając:
- Wypada po trzech na jednego….;
-Właściwie to czterech, bo młody przypilnuje koni- odparł dowódca wyciągając czekan zza pasa i podnosząc się z ziemi;
-We trzech nie dacie rady, oni mają długie miecze i kusze…i w ogóle…- ostatnie słowa utkwiły w gardle młodego, gdyż pięść towarzyszącego im wojownika z wytatuowaną twarzą rozbiła się o szczękę nowicjusza, któremu aż pociemniało w oczach od ciosu;
Zapadła krótka, acz niezręczna cisza.
- Nie no….Nie wytrzymałem pieprzenia tego smarka. Darujcie; dopiero czwarty dzień jazdy a ten „o jej, obtarłem sobie nóżki, o jej, dupa mnie boli od siodła…”.-charknął i splunął- Bierzmy lepiej co nasze i wracajmy do „wioski”- rzekł ponuro i zdjął z pleców topór o podwójnym ostrzu.
Podkradli się bezszelestnie w wysokiej trawie. Jeleni udziec nadal kręcił się na rożnie nad ogniskiem, konie lekko zarżały w geście powitania, gdy Aragenowie zbliżyli się do obozu obcych. Podeszli z trzech stron, pełznąc ostatnie metry na brzuchach. Kiedy mogli oddzielić poszczególne wyrazy z rozmów obcych, zaatakowali.
Ruszyli na raz, gwałtownie z okrzykiem bojowym w piersiach. Tatuaże na piersiach błyszczały w ferworze walki dodając siły swoim właścicielom. W oczach żołnierzy Olmanu, Aragenowie byli więksi, szybsi i przypominali zwierzęta, których wizerunki mieli na sobie, toteż oprawcy jeleni w popłochu zaczęli uciekać zapominając o broni. Mimo to, nie zaznali litości. Pierwsze trzy trupy padły bez wydania dźwięku; topór, czekan i miotany nóż zwiadowcy posmakowały krwi w tym samym momencie. Kolejni rycerze padali jak muchy. Topór odcinał głowy, które z rozbryzgiem krwi wzlatywały w powietrze wykonując parę obrotów wokół własnej osi tuż przed upadkiem; czekan perfekcyjnie blokował ciosy miecza, a do pary z długim nożem bojowym, który jednym ruchem powodował wypływanie jelit i reszty juchy z ciała prosto na buty właściciela, tworzyli śmiercionośną parę tancerzy. Oba toporki zwiadowcy także przyłączyły się do tańca, prując gardła wrogów tak, że dopiero widok własnej posoki z tętnicy na kaftanie oponenta zwracał uwagę rycerza Olmanu na to, że nie żyje od kilku sekund.
Sama potyczka trwała krótko, wszyscy obcy w barwach Olmanu zostali wycięci w pień poza dowódcą owego patrolu, który w bałaganie walki gdzieś zniknął. Kiedy szał bitewny opuścił zwycięzców, spod derki przy palenisku wyskoczył sierżant dowodzący najeźdźcami ze sztyletem długim jak całe przedramię dorosłego mężczyzny. Jak łatwo się domyśleć zaatakował od pleców dowódcę Aragenów, który zdążył tylko się odwrócić aby zostać obryzganym kawałkami oka, mózgu i krwią napastnika padającego na ziemię.
Wybawicielem swojego dowódcy okazał się niedawno upieczony myśliwy, którego wszyscy nazywali po prostu „młodym”. Wpadł na pomysł, aby podprowadzić konie kiedy cała walka ucichnie. Gdy zobaczył napastnika atakującego od tyłu jednego ze współplemieńców, bez wahania sięgnął po łuk i z grzbietu galopującego wierzchowca wypuścił strzałę, która przewierciła się przez potylicę czaszki oraz mózg, wybijając oko swojej ofierze.
Dopełnieniem wyroku śmieci na atakującym sierżancie okazał się cios topora wojownika z tatuażami na twarzy, który rozciął wroga od barku aż po ostatnie żebra.
- Tak kończą Ci, którzy walczą bez honoru- rzekł dowódca Aragenów;
- Aha, byłbym zapomniał. Dzięki młody za uratowanie życia, dowiodłeś że jesteś mężczyzną i że potrafisz rozmawiać ze zwierzętami bez słów, inaczej nigdy byś nie trafił z łuku siedząc na galopującym koniu. Podczas najbliższego przesilenia otrzymasz Błogosławieństwo Totemu, oraz Żelazne Imię. Ale do tego czasu jeszcze daleko- dowódca roześmiał się widząc niepewność i niedowierzanie na twarzy współplemieńca.
Spalili pozostałości po Szlachetnych Jeleniach opłakując je jak nakazuje obrządek, poczym zebrali broń oraz chorągiew żołnierzy Olmanu, wzięli też ich wierzchowce pozostawiając trupy dla padlinożerców i innego plugastwa.
W trakcie „sprzątania” obozu zrobił się wieczór, jednak zwiad Aragenów wyruszył w dalszą drogę, ponieważ nie chcieli nocować w miejscu smutku i rozlanej krwi.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Czuje zew słowiańskich mitologi. Nie wiem czemu, ale bardzo przyjemnie się to czyta.

Wojciech Wons pisze...

OSEGORN! eRPyDŻI ;D
DnD! :)

Patryk Engler pisze...

Dlaczego nie ma tytułu?

Patryk Engler pisze...

Rozumiem, że się nie doczekamy kontynuacji?