czwartek, 9 października 2014

Osegorn #3



3#


Podróże nocą nigdy nie należą do tych bezpiecznych i łatwych choćby ze względu na możliwość zobaczenia rzeczy, na które nie ma się ochoty jak na przykład Morowej Panny, Diaboła, czy innych równie ciekawych-- niosących chorobę lub przekleństwo rozstai- stworzeń.
Odrobinę otuchy dla jeźdźców stanowił księżyc oświetlający zwierzęcą ścieżkę pośrodku stepu. Aragenowie często z nich korzystali, ponieważ były bezpieczne. Nie raz i nie dwa uratowali się przed tropicielami wrogich klanów, czy nie daj Boże, szpicy oddziału Olmanu- potomków imperium, którzy w swej pysze uważali, że tylko ludzie czystej krwi mogą stąpać po ziemi.
Jakiekolwiek nie były by powody, owe ścieżki uważane są za bezpieczne przez liczne tropy mieszkańców traw, które maskują ślady braci koni.
Oddział „ludzi jeleni”, jak o sobie mówi zachodni szczep Aragenów, z wolna posuwał się w świetle księżyca ku swojej Wiosce Traw- sezonowej osadzie, gdzie przychodziły na świat młode jelenie jak i dzieci ludzi.
Księżyc stał wysoko kiedy zerwał się wiatr. Wiatr, zimny i nieokiełznany. Wiatr, którego nie było od czasu kiedy Dawni żyli w Osegornie.
Rozszalała się wichura tnąca kawałkami lodu- pomimo późnej, letniej pory-  powalająca z nóg potężnymi podmuchami. Szum skrzydeł żywiołu był tak potężny, że nie dało się słyszeć nawet towarzyszy jadących obok, pomimo to brnęli dalej. Posuwali się powoli, bardzo powoli, gdyż kryształki lodu nie dawały za wygraną wbijając się po całej powierzchni ubrania wyziębiając powoli jeźdźców. Po jakieś godzinie jak, uważali podróżni, zsiedli z koni i razem z wierzchowcami położyli się na ziemi okrywając derkami. Cóż innego mogli zrobić w obliczu takiego zagrożenia, kiedy do najbliższego zagajnika był prawie dzień drogi. Szczęściem zatrzymali się przy jakichś pagórkach, więc chociaż z jednej strony mogli się osłonić od zimna.
Gdy tak leżeli dzwoniąc zębami, dowódca wymacał w trawach dźwignię, pociągnął i zsunął się w dół razem z koniem. Tropiciel leżący tuż obok dowódcy, widząc co się stało nie zamierzał czekać na śmierć z wychłodzenia;  szturchnął wojownika, a ten nowicjusza. Chcieli zsunąć się na stopach sprowadzając konie,  ale te zapierały się. Kolejny podmuch wiatru zdecydował o wszystkim. Zawyło tak jakby sam rozsierdzony Płanetnik bawił się powietrzem, konie spłoszone zepchnęły opiekunów do podziemia same uciekając jak najdalej od tego miejsca…


0 komentarze: