czwartek, 10 marca 2016


Poniedziałek rozpoczął się przed siódmą. W przedpokoju, przy desce do prasowania, Puszka uzbrojona w żelazko prasowała swoją wczorajszą sukienkę. Miała na sobie długi czerwony sweter, który zbyt dobrze kojarzyłem. Nie odezwałem się słowem, idąc do kuchni. Prawie tak wyglądał każdy nasz poranek. Usmażyłem kilka francuskich tostów, które przełożyłem na dwa talerze. Przy oknie zapaliłem papierosa, patrząc na kapiącą do ekspresu kawę. Weszła, usiadła, jadła łapczywie. Przelałem mleko do szklanki, stawiając obok talerzyka. Opróżniła w mig, nawet nie odrywając widelca od ust. Pokiwała tylko głową i uniosła kciuk, jakby chcąc zaznaczyć, że dobre. Parsknąłem lekko śmiechem. Przyjść po miesiącu i wypełniać swoje nawyki. Przynajmniej w jakimś procencie. Rzuciła mi spojrzenie spod łba, po czym pusty talerz włożyła do zlewozmywaka i poszła do łazienki.

Rozprawa przed sądem okręgowym miała się rozpocząć o dziesiątej. Przygotowania rozpoczęliśmy już o ósmej. Ubrałem nowo kupioną na tą okazję w sobotę koszulę oraz ciemne dżinsy. Puszka wyglądała jak wtedy, gdy przyszła do mnie wczoraj, chociaż już tak nie pachniała.

- Mogę cię podwieźć. Oszczędzisz na taksówce. Chociaż trochę - wymruczała, gdy widziała, jak w korytarzu ubieram buty i cienką kurtkę. – Wiesz, niedawno odebrałam prawko i mój samochód stoi pod blokiem... - wsunąłem paczkę papierosów do kieszeni patrząc na jej naburmuszoną minę.

- Dobrze - powiedziałem ojcowskim tonem, otulając ją ramieniem i przytulając do siebie. Zaczęła cicho łkać. – Wiem, że ci jej brakuje. Ale nie przywrócę jej życia. Możemy iść tylko przed Temidę i mieć nadzieje, że sprawiedliwość istnieje – pogłaskałem ją po głowie. – Będę musiał oddać Hadesa. Chcą go uśpić, bo prawie nie może chodzić i nie będzie z niego większego pożytku... - w tym momencie uderzyła mnie pięścią w klatkę i wysunęła się z uścisku. Uniosła buzię, patrząc na mnie.

- Dlaczego jej to robisz? Dlaczego mi to robisz? - oczy miała czerwone od płaczu. Dopiero teraz to dostrzegłem. - Czemu starasz się zabić ją po raz drugi?

Co miałem jej odpowiedzieć? Że muszę? Wiekopomne kłamstwo – przymus. Musimy coś robić, bo tak chce nasz świat. Chciałem leżeć obok niej, w innej trumnie, by nie grać w tej parszywej tragikomedii.

- Makijaż ci się rozmazał. Popraw go w łazience i możemy jechać - sięgnąłem do wiklinowego koszyczka za kluczami i oparłem się na stoliczku.

Milczała chwilę, by wykonać polecenia. Wiedziała, że nic już nie wskóra tą wojenką wobec mnie. A moją rolą było dalej odgrywanie tego złego. Dziesięć minut później siedzieliśmy w niebieskim puszkowym tico, które wyraźnie miało zepsuty gaźnik i ujadało. W radiu leciały stare kawałki z lat '80, więc nikt nie przerywał milczenia aż pod gmach sądu. Z piskiem zaparkowała na wolnym miejscu, wpychając się przed zielonym fiatem punto, jaki potraktował nas klaksonem. Chyba wciąż była naburmuszona. Nie ma odpoczynku dla potworów, zawsze jakiś szlachetny rycerz stara się poderżnąć twoje gardło.

Przed salą siedziało już wiele osób. Prokurator w czerwonej todze, człowiek na oko bliski czterdziestki, krótko ogolony - znałem go, bo proponował mi rolę oskarżyciela posiłkowego, odmówiłem. Wolałem po prostu być świadkiem, a sąd pozwolił mi przebywać na sali od początku rozprawy. Była Puszka oparta o ścianę z założonymi na piersi rękami i swoją miną bojownika, policjantka, która doprowadziła z aresztu trzydziestoczteroletniego Wojciecha Cebulskiego, zapadłego w sobie grubaska z łysiną i przerażeniem w oczach. Widać, nie przywykł do nowych warunków, w jakich spędzi kolejne kilka lat. Teraz dyskutował ze swoim obrońcą, młodą panią mecenas, z końską twarzą i ciemnych włosach upiętych w kucyk. Nie zabrakło mojej byłej żony, Elizy - jak zawsze wytwornie, przesadnie nawet, eleganckiej czterdziestolatki o wyglądzie wykładowcy akademickiego. Co widzieliśmy w sobie osiemnaście lat temu? No tak, po pierwszej nocy nie pamiętałem nawet, jak się nazywa. Rozmawiała ze swoją matką, moją ex-teściową, gestykulując i wskazując na mnie. Z uśmiechem pozdrowiłem je gestem ręki, by dostać odpowiedź obraźliwej miny. Tylko ja z całej tej ferajny usiadłem na ławce, oczekując na wezwanie. Reszta ludzi zapewne była na inne sprawy, lub to bezpośredni świadkowie wydarzeń sprzed miesiąca. Gdy zegarek wskazał ostatecznie dziesiątą, na salę wszedłem ja, obie strony prawa i oskarżony w towarzystwie stróża prawa. Sprawę prowadził starszy mężczyzna o wyłupiastych oczach i zachrypłym głosie. Takiego kogoś się tutaj spodziewałem.

Po wszystkich podstawowych przedstawieniach i regułkach, rozpoczęła się "impreza"....

CDN...

0 komentarze: