piątek, 11 marca 2016



Odczytanie aktu zarzutów zajęło kilka minut. Facet został obwiniony o śmierć mojego dziecka w skutek wypadku samochodowego, a następnie ucieczkę z miejsca zdarzenia i nie udzielenie pierwszej pomocy. Nie można było stwierdzić, czy był trzeźwy, bo złapano go dopiero po tygodniu dzięki wzmożonej pracy policjantów. Przed oczami miałem jedynie leżącą pod aparatami już pustą skorupę okrytą ranami. Zmarła o czwartej nad ranem, zanim dojechała Liza.

- ... dwudziestego ósmego lutego, około godziny dziewiętnastej jadący samochodem marki skoda fabia Wojciech Cebulskiego uderzył w siedemnastoletnią Mirę Różycką... - osiemnastoletnią, tyle by skończyła tydzień później... - a następnie zbiegł z miejsca wypadku, nie udzielając pomocy. Ofiara poniosła ciężkie obrażenia, na skutek których zmarła w szpitalu po kilku godzinach... - miał monotonny głos, który doprowadzał do szaleństwa, gdy słuchało się tego jeszcze raz. - Niewyjaśnione jest, czy oskarżony był w stanie trzeźwym w dniu popełnienia przestępstwa, gdyż do jego aresztowania doszło dopiero - podkreślił - dwa dni później. Za popełnione przestępstwa grozi kara łączna nawet 8 lat pozbawienia wolności.

Tylko osiem lat. Istnieje tylko powszechna niesprawiedliwość. Nagła chęć nakarmienia raka znów zaczęła wewnątrz głaskać. Trzeba wytrzymać i słuchać. Wstaje człowiek po prawej. Sędzia pyta, czy przyznaje się do zarzutów. Naturalną koleją rzeczy, facet mówi, że nie i zaczyna składać swoje zeznania.

- ... wracałem z pracy, którą straciłem po aresztowaniu... żona opuściła mnie razem z dziećmi... moje życie się rozpada... to tamta dziewczyna sama weszła na jezdnie mi pod koła... pies ją wciągnął... - motał się w swoich odpowiedziach, co chwilę wplatając swoje uczucia. Gra psychologiczna, która miała sprawić, że sąd wyda łagodniejszą karę, może nawet w zawiasach - ... ja nie widziałem jej, było ciemno... myślę, że ona specjalnie... - nie dawało się tego słuchać, ale trzeba, ma prawo do swojej wersji. Popatrzył na mnie z łzami w oczach - ... bardzo mi przykro z powodu pana straty, ale musi pan zrozumieć... też jestem człowiekiem, mam żonę i dzieci... nie chcę iść do więzienia... - sędzia go upomina, oraz znacząco spogląda w moją stronę. Nie, ja nic nie zrobię.

Krótka słowna przepychanka na temat winy między czerwonym i zielonym, czerwony rzuca kilka pytań mających ułatwić odtworzenie sytuacji (Czy był pan trzeźwy? Jechał ktoś z panem? Czy ktoś może poświadczyć, że wracał pan właśnie z miejsca pracy? Dlaczego nie udzielił pan pomocy ofierze? Czemu nie zgłosił się pan od razu na policję, tylko dwa dni ukrywał się?), jedno pytanie pomocnicze-podręcznikowe od palestry (Czy żałuje pan tego, co zrobił?) i prośba o moje podejście do barierki. Zeznanie zaczyna się od podstawowego przedstawienia.

- Nazywam się Aleksander Różycki, mam czterdzieści siedem lat i mieszkam... - powtarzałem wyuczoną od dziecka formułkę. - ... gram z zespołem na kilku instrumentach, głównie na weselach, czasem w klubach. Nie mam stałej formy zatrudnienia z tego.

- Czy rozumie pan, że przed sądem należy mówić prawdę i tylko prawdę, a za składanie fałszywych zeznań grożą panu trzy lata więzienia?

- Tak. - i tak całe moje życie od lutego to kłamstwo.

- Proszę powiedzieć, co pan robił dwudziestego ósmego lutego. - sędzia nie wydawał się groźny, raczej w stylu dobrego tatusia, który chce pomóc swoim dzieciom rozwiązać problem.

- Było około dwudziestej, może dwudziestej pierwszej. W radiu akurat nadawali wiadomości, ale nie przysłuchiwałem się szczególnie, po prostu leciały zamiast muzyki. Robiłem porządki, Mirka poszła z psem do - swojej dziewczyny - swojej przyjaciółki, więc wiedziałem, że wróci autobusem i przyjdzie, a w razie problemów będzie dzwonić. I rzeczywiście, z dziesięć minut wcześniej dzwoniła, że już wychodzi i że ją odprowadzą na przystanek, by się nie zgubiła lub nie wsiadła do niewłaściwego autobusu. Nie martwiłem się zbyt wiele, bo bywała tam przynajmniej dwa razy w tygodniu, gdy tamta akurat nie nocowała w naszym mieszkaniu. - przerwa na kilka sekund w celu odświeżenia wspomnień - Musiała przejechać dziewięć przystanków, potem przejść przez ulicę na światłach i już byłaby na naszym osiedlu. Hades doskonale znał tę trasę oraz był wytresowany do pomocy. Zdziwiłem się więc, że nie słychać jej na klatce a już na pewno nie pod drzwiami. Pomyślałem, że weszła do sklepu albo po prostu autobus jej uciekł, zdarza się. Była dorosła i samodzielna. - kolejna pauza. - Potem zadzwonił telefon. Ona zawsze nosiła przy sobie taką kartkę w razie, gdyby coś mi się stało, proszę zadzwonić do z naszymi numerami. Sam ją zrobiłem i kazałem nosić, od kiedy skończyła dziewięć lat i chciała się usamodzielnić. Dzwonili z pogotowia. Że wypadek, jest nieprzytomna, walczą o nią... - dłuższa chwila ze spuszczoną głową z powodu bolesności tego wspomnienia - W szpitalu byłem chwilę po tym, praktycznie pobiegłem tam. Wie wysoki sąd, pierwszy raz od osiemnastu lat biegłem tak szybko. Dotarłem na miejsce, by usłyszeć, że jeszcze nie mają pewności co do jej stanu i liczą się już teraz momenty. Siedziałem tam chyba do północy, zadzwoniłem do żony, co się stało. Wtedy mnie wpuścili na salę do niej. Pod wszystkimi opatrunkami, aparatami leżała skorupa mojego dziecka... - powietrze opuściło moje płuca niczym dym. - Leżała tam, umierając powoli. Zniknęła, nim dojechała do nas Eliza. Nie wiem, co stało się w tamtym miejscu. Nawet pies miał tak połamane łapy, że weterynarz ledwo go poskładał, a już go chcą uśpić, bo nikomu do niczego się nie przyda. - nikt mi nie przerywał, a we mnie co raz bardziej pękały uczucia. - Dzisiaj chcę tylko sprawiedliwości, nieważne w jakiej formię. Nikt mi nie zwróci osiemnastu lat, które żyło w moim sercu, czterech w swoim domu. - zakończyłem, prostując się i patrząc prosto na lewo, wprost w twarz tamtego człowieka. - Nawet za cenę innego człowieka. Nie jestem Jezusem, by to wybaczać.

Nie zadawano mi pytań. Pewnie za dużo powiedziałem. A nie, jedno się trafiło. Od obrony "czemu pan wierzy, że to wina mojego klienta". To nie ja w to wierzyłem, to śledztwo prokuratury i policji wskazało tego człowieka za winnego wydarzeń tamtego wieczoru. Jedyne, co mi zostało powiedziane, to fakt, że nie udzielił jej pomocy i dlatego umarła. A nawet, jakby przeżyła, byłaby już niczym lub nikim. Mam jeszcze pani opowiedzieć o jej pogrzebie?

Nie pozwoliłem na czarną czy jak przystało takiej niewinności - na białą - sukienkę, jedynie na czerwoną. Zawsze kochała czerwień i to ten kolor towarzyszył jej w szkarłatnych ogniach, które ją szybko pochłonęły bez pytań o to, czy już wiem, kto ją zabił. Sędzia zapytał powtórnie obie strony o ewentualne pytania, prokurator skomentował jedynie, iż "rozumiem pana stan, dlatego dziękuję", a klaczkę zatkało moje stwierdzenie do tego stopnia, iż nabrała powietrza i przez pełne policzki powiedziała "nie, dziękuję".

Wezwano jakiegoś świadka bezpośredniego, młodego chłopaczka - zaledwie czternastolatka - z sąsiedztwa, który właśnie wracał z kina i wezwał ambulans na widok wypadku. Wyprostowany, młodziutki z ciemnymi włosami przyciętymi na irokeza.

- ... jechał tak szybko, nawet jak w nią uderzył, nie zatrzymał się na moment - zeznawał w sposób neutralny. - Ta dziewczyna miała zielone światło, grała melodyjka. Ja ją widywałem czasem z tym psem i wiedziałem, że ona jest niewidoma.. Ale wtedy, jak to się stało... Jezu, do teraz to pamiętam... Huk, bez pisku hamulców, czegokolwiek. Zapamiętałem tylko, że to zielona fabia z końcówką rejestracji... - w jego głosie słychać było strach - ... sto dwanaście i powiedziałem, co się stało... ona wciąż była przytomna i mówiła do mnie, płakała... ten pies leżący obok, próbował tam do nas podejść, ale kości z niego wyłaziły...

W duchu podziękowałem mu, mimo, że znów nie słuchałem. Przed oczami miałem górę opatrunków z rozrzuconymi rudymi włosami na szpitalnej poduszce. Jeszcze nie dawno siadała mi na kolana i przytulała do piersi bym jej śpiewał, potem słuchać opowieści o zapachu ludzi w szkole, zakup psa pod tresurę, gdy przedstawiła mi swoją dziewczynę z wnioskiem, że ją zabiję za to lub przegnam z mieszkania... Jej mina, gdy powiedziałem, że skoro już mają być razem, to przynajmniej niech mieszkają u mnie i nie ma mówić matce.. Nie, ja nie mogłem teraz go słuchać. Przypomniałem sobie liliowego wieloryba z pluszu, który zawsze jej towarzyszyła w ważnych momentach. Czy jego też wsadziłem do kartonu? Nie, on leżał w trumnie przy jej ręku.

Eliza i Gerta nie wybaczyły mi faktu, że skremowałem ją zamiast urządzić jej typowy katolicki pogrzeb. Że sukienka była czerwona A teraz musiałem przywyknąć do tej roli, sprawiając, że przyrastała do mnie

- Ja robiłem tylko co powinienem, tak jak uczył mnie tata, dzisiaj robię to samo... W szkole dano mi jakiś dyplom za wzorową postawę, ale mogę tylko przeprosić tego pana - wskazał na mnie - że było już za późno dla tamtej dziewczyny. Przepraszam... - skorupa jaja wewnątrz mnie pękała, ale kolejne plastry na niej zabezpieczały przed eksplozją. Dobrze, że rano wziąłem tabletki na uspokojenie, bo teraz dostawałbym szmergla.

Krótka seria pytań, które miały sprawdzić wiarygodność zdolności pamięci i rozpoznawania marek samochodów dzieciaka, ukrócone po trzeciej nieudanej próbie ich podważenia. Nawet ja tak dobrze się nie znałem na motoryzacji, a chłopak wykazywał cechy pamięci fotograficznej, bo wciąż był w stanie odtworzyć końcówkę tablicy, która była w rzeczywistości na aucie Cebulskiego. Atak zadowolony, obrona wściekła kończącymi się argumentami, sędzia odsyła dzieciaka na ławkę. Siada niedaleko mnie, w lekko pochyłej pozie. Boi się tej sali i nowej dla niego sytuacji. Z chwilą zamilknięcia przestaje być istotny.

Wezwanie świadka Stefanii Kumickiej. Na salę z marsową miną wkracza Puszka. No tak, przecież ona naprawdę ma na imię Stefka, ale Puszka przyrosło do niej bardziej niż to zabawne imię. Na formułkę „proszę się przedstawić” recytuje niemal identycznie jak ja.

- Stefka Kumicka, mam osiemnaście lat, jestem w klasie maturalnej el-o. Mieszkam z ciocią w... - recytuje bez zająknięcia, patrząc prosto na sędziego. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że mimo, iż wiele razy widziałem ją w negliżu, nigdy nie pytałem o jej rodzinę czy cokolwiek istotnego - ... byłam bliską przyjaciółką Mirci. Często u niej nocowałam, akurat tamtego wieczoru odwiedzała mnie na przedmieściu, bo ciocia była chora i musiałam się nią opiekować. Przyjechała około piętnastej z Hadesem, znaczy swoim psem przewodnikiem. On znał już drogę do mojego domu, więc zrobiła mi niespodziankę dzwoniąc do drzwi. Byłam trochę zła, bo mogło się jej coś stać, ale ucieszyłam się. Siedziałyśmy z ciocią Pauliną chwilę, by zjeść ciasto i porozmawiać, potem poszłyśmy do mnie. O dwudziestej odprowadziłam ją na przystanek i wsadziłam w autobus, bo o tej porze nie ma kogo zapytać, jaki podjechał. Przy mnie dzwoniła jeszcze do.. - tu się na chwilę zawahała - pana Aleksandra, swojego taty, że już jedzie. Ja wróciłam do domu, by przygotować się na następny dzień na zajęcia, miałam mieć sprawdzian. Jakoś koło dwudziestej drugiej trzydzieści, gdy się kładłam dostałam telefon. - od tyłu widziałem, że podnosi ręce od twarzy, wycierając łzy, a głos jej powoli się łamię - Dzwonił, w sensie pan Alek, że Mirka miała wypadek i leży w szpitalu. - więcej machania rękami przy twarzy, w głosie szloch. - Ciocia jednak nie pozwoliła mi jechać, ale i tak nie mogłam spać całą noc. O piątej dostałam smsa. "Ona nie żyje" - zgięła się w pół, zakrywając dłonią twarz. - Przepraszam...

- Chcesz kontynuować czy chwilkę przerwy? - zapytał sędzia z swojego miejsca

CDN...

0 komentarze: