niedziela, 13 marca 2016

- Ja dam radę... Muszę być silna dla niej... - wycisnęła to z siebie. - Pamiętam, że dopiero na pogrzebie pierwszy raz spotkałam jej mamę - kolejny ruch ręką przy twarzy, wciąż pochylona sylwetka. - Ona narzekała na swojego byłego męża. Że sukienka nie ta, że chce ją skremować, że pogrzebu udziela znajomy ksiądz, a nie biskup... Że go nie ma... - wyprostowała się - Wszyscy ją kochali i brakuje jej nam. Nawet teraz, dwa miesiące później boli.

- Czy są pytania do świadka?
- Nie - to powiedział prokurator
- Tak, jak często ofiara odwiedzała świadka? - to już pani klacz.
- A co to ma do rzeczy? - zapytała lekko zdziwiona Puszka.
- To, że wówczas prawdopodobieństwo wypadku wzrosło... Sama wskazujesz w swoich zeznaniach, że nie poinformowała cię o wizycie i przyszła z przystanku do ciebie, ale odprowadzałaś ją. Ofiara mogła więc zabłądzić, a pies niedostosowany do nowych waru... - prokurator słysząc to prychnął

- Pani mecenas chyba nie zdaje sobie sprawy z zdolności psa przewodnika, jakiego posiadała ofiara - powiedział rzeczowo, patrząc na nią. - Z zeznań świadka Patryka Dziury wynika, że dziewczyna miała zielone światło, a sygnalizator dodatkowo informował o tym dźwiękiem. Pies więc nie mógł wciągnąć ofiary na pasy na czerwonym świetle, a co do stwierdzenia o nieznanej okolicy... - przerzucił kilka kartek dokumentów otwartych przed sobą. - Przecież stało się to niemal pięćset metrów od bloku mieszkalnego, więc nie sądzę, by chodziła ona po nieznanej sobie okolicy. Nawet, jeśli założymy, że źle wysiadła, co jest pozbawione sensu, gdyż świadek Kumicka jasno określiła, że ofiara wsiadła do właściwego autobusu, którym ja sam codziennie dojeżdżam do kancelarii i wiem, że w każdym kursie lektor informuje o kolejnym przystanku. Właśnie dla osób niewidomych - spojrzał na mnie znacząco, a ja na niego z uznaniem.

Dyskusja ostatecznie zakończona miażdżącym argumentem dla palestry, doprowadziła do kolejnego i już trzeciego od końca świadka. Eliza. Puszka usiadła blisko mnie, wręczyłem jej chusteczkę jednorazową, którą obtarła sobie oczy i przysunęła się bliżej, niemal mnie dotykając. Zeznania mojej byłej żony były w głównej mierze obwinianiem mnie o to, iż ja przyciągnąłem jej kochaną córkę do tego zepsutego miasta, mówiąc, że tu pójdzie do zespołu szkół. Że od ślubu (szybkiego z powodu nalegań Gerty, iż Eliza jest w ciąży i co ludzie powiedzą, a ja po ślubie może zetnę włosy i rzucę zespół by się ustabilizować u jej boku, bo co ludzie powiedzą) nie interesowało mnie nic, potem jak urodziła się mała to pozostawiłem ją dla innej kobiety i jestem nałogowcem, nawet mając prawie pięćdziesiątkę na karku, zachowuję się jak szczeniak. O i że córki nawet pochować nie umiałem. Puszka słuchała tego monologu na jednym oddechu z otwartymi oczami i ustami.

Ponieważ jej zeznania nie wniosły nic do sprawy, sąd oddalił ją na ławkę, usiadła po lewej stronie z dala od mnie, rzucając gromami, a jej twarz wyrażała "pieprzysz się z koleżanką córki, stary pedofilu". Kolejnym świadkiem był dawny szef Cebulskiego, który w krótkich zeznaniach powiedział, że tamtego dnia była impreza integracyjna i "Wojtuś rzeczywiście trochę popił, ale czmychnął cichaczem z przyjęcia, więc nie zdążyli go zatrzymać by nie jechał. Często stawiał się do pracy na rauszu, przez co otrzymywał wiele nagan, był wysyłany na terapię oraz obiecywał poprawę. Widać, bez skutku.". Jasno określił, że tamten nie ma co liczyć na dalszą pracę z powodu braku samodyscypliny, która doprowadziła do śmierci niewinnej osoby. Obrona próbowała jeszcze dociekać, ile dokładnie wypił, co okazało się gwoździem do trumny.

Ostatnim świadkiem była Bożena Cebulska, była żona. Ona odmówiła składania zeznań, tłumacząc się faktem, że z "mężem mnie nic już nie łączy, prócz sprawy rozwodowej i dwóch synów". Spodobała mi się mowa końcowa prokuratora.

- Oskarżony miał szansę pomóc swojej ofierze, ale uciekł z miejsca zdarzenia. Nie wykonał telefonu alarmowego! Świadek Dziura mówi, iż jego samochód pędził przez przejście, gdy ofiara miała zielone światło, co świadczy, że tamten miał czerwone. Pracodawca oskarżonego wprost wskazuje, że ten miał wielokrotnie problemy z alkoholem, bagatelizowane przez jego samego i jego otoczenie. Aż do tamtej chwili! Tej tragedii można było zapobiec wiele razy, nikt tego nie zrobił! Ukrywał się przez dwa dni, zamiast wyjść twarzą do policji i przyznać się do popełnionego czynu! Dopiero śledztwo i zeznania bezpośredniego świadka sprawiły, że dzisiaj rodzice dziewczynki, która miała przed sobą jeszcze wiele życia mogą starać się o sprawiedliwość. Ale w jakiej formie możemy im ją okazać? Nawet najwyższa kara, jaką przewiduje kodeks karny nie zaspokoi tego uczucia w ich sercach. Świadek Kumicka w śledztwie powiedziała - tu odczytał ze swoich dokumentów, podnosząc je - "Pożegnała mnie, mówiąc, że jutro znów mam przyjść na obiad, bo jej tata robi moje ulubione pierogi z truskawkami i kupił jej nową płytę Czesława. Była szczęśliwa i nie wiedziałam, że widzę ją ostatni raz." - odłożył je. - Była wprost spragniona życia! A jeden człowiek za kierownicą swojego samochodu uczynił z niej tylko wspomnienie dla tych ludzi! Proszę, by sąd wymierzył oskarżonemu karę ośmiu lat pozbawienia wolności za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym oraz dwa lata za prowadzenie pod wpływem alkoholu, łączną karę dziesięciu lat pozbawienia wolności bez okoliczności łagodzących. Sądzę, że ta nauczy tego człowieka wartości życia, jakie odebrał swoim postępowaniem.

Palestra miała trudniejsze wyzwanie. Jej nie słuchałem totalnie, chociaż wyłapywałem pojedyncze zająknięcia w szukaniu argumentów, które miały łagodzić i sprawić, że będzie to kara minimalna z zawieszeniem, a nawet domniemana niewinność z braku wiarygodności dowodów. W ostatnich słowach stwierdził, że jest mu przykro z powodu straty dawnego życia, które tak bardzo kochał i że czuje się bardzo winny tego, oraz żałuje. Po za tym tradycyjne "gdybym mógł cofnąć czas i to naprawić".

W przerwie na naradę wyszedłem na dwór, by zapalić za filarem papierosa, opierając się o wielką marmurową donicę. W głowie wciąż mi dudniło. Gnijący świat roztaczał się po wszystkim. Powszechna niesprawiedliwość. Długa struga dymu wynosiła się dookoła mnie. Puszka stanęła na schodach z kamienia, rozglądając się. Potem podeszła, opierając się o tą samą donicę.
- Naprawdę je zostawiłeś? - zapytała wyciągając z kieszeni gumę. - Swoją żonę i Mirkę?
- To ona wniosła papiery o rozwód. - kolejna struga dymu - Gerta, jej matka, stwierdziła, że lepiej jej będzie u boku studenta prawa, Bartosza. Problem w tym, że on zostawił też żonę i dziecko dla niej - przetarłem palcami po powiece, stara sztuczka na pobudzenie. - Czmychnął z powrotem, jak się okazało, że ślepy berbeć, którego trzymają u babci jest jej. Każde spotkanie z małą było katorgą, kłótnią o byle pierdołę. - zaciąg, wypust. - Łącznie z tym, że nasze dziecko miało spaprane geny i dziedziczyło mój wygląd - zaśmiałem się - Jak myślisz, czemu pięć lat temu w drzwiach stanęła ruda kuleczka z białą laską i siatką, którą większość ładunku stanowiła paczka podpasek, maskotka oraz piżama? Chociaż najdziwniejsze było, że udało jej się trafić dokładnie do drzwi. Chyba sam palec boży ją pchał lepiej niż twój język - uchyliłem się przed płaskim ciosem z otwartej dłoni, uśmiechając się z papierosem między zębami. - Albo dzwoniła do każdej klatki na chybił-trafił i pytała "tata?". To ja jej kupiłem psa, pomagałem się usamodzielnić i starałem się, by miała jakąkolwiek przyszłość. Nawet u boku "ona pachnie jak ciasteczka, a jej głos sprawia, że mam ciarki" - kolejny unik, tym razem cios z lewej ręki, przymierzała się do trzeciego - Eliza najchętniej trzymałaby ją w szklanej klatce, by rzekomo "nie skończyła jak ona, czyli panna z brzuchem". - Kolejna chmura. - A dzisiaj jej nie ma, a ty dalej przychodzisz opróżniać mi lodówkę - tym razem nie zdążyłem, obrywając płaskiego w policzek, który zapiekł po chwili.

- Jak możesz mówić w ten sposób?! - wysyczała na mnie przez zęby, nie patrząc w moją stronę - Jakbyś opisywał rozklepywanie pieprzonego kotleta! - wstała, otrzepując zadek z kurzu, wciąż zaciskając wargi w poziomą kreskę. - Zaraz ogłoszenie wyroku. Mógłbyś chociaż tym udawać zainteresowanie... - odeszła w stronę wejścia, gdy zgasiłem niedopałek, drapiąc nim o szorstką powierzchnię i wrzucając do donicy by nie czuł się samotny na ziemi. Przecież ktoś musi być czarnym charakterem - rzuciłem sobie w myślach, na pocieszenie. Wstałem, otrzepując się i spoglądając jeszcze na wysoki gmach. Ruszyłem do środka po stopniach, mając w głębi uczucie, że ten wyrok spada na mnie. Jak tamtej nocy, gdy maszyny przestały działać, a zaciskająca się mi na ręce dłoń osłabła. Zacisnąłem pięść, pchając mocno wielkie dębowe drzwi.

0 komentarze: