sobota, 19 marca 2016

Jedynym oświetleniem w tym półmroku było odsłonięte z rolet okno. Większą część podłogi oraz na kilku meblach stały popakowane przez mnie kartony ze wszystkim. Gdzie ten durny pies? Pora na jego spacer. Rozglądałem się nieco nieprzytomnie po pokoju. Jego łapy zwisały z łóżka. Niby skurczybyk potrzebował wózka, na który mnie nie było stać i jedynym sensownym rozwiązaniem na teraz było regularne zabieranie go na zastrzyki z środka przeciwbólowego... Weterynarz wielokrotnie sugerował, że powinienem go uśpić, by się już nie męczył. Nawet biorąc pod uwagę koszty poniesione w tresurze na psa przewodnika. Jednak było coś dziwniejszego.

Na łóżku, na tym wełnianym kocu, co go dostała po prababci Ince... Niemal tego samego wzrostu, ale kilka centymetrów niższa, co wskazywała odciśnięta plama na ścianie za jej plecami. Też lekko grubiutka, ale wciąż chudsza o kilka kilogramów. Te same rude włosy uczesane w dwa warkoczyki z wstążkami, dłuższe bo zakrywające piersi a nie tylko do ramion. I te oczy. Żywe, błyszczące, wpatrzone we mnie. Nawet sweterek rozpięty sweter w kolorze lilii... Hades przytulał się do jej kolan, głaskany po głowie.

- Mirka... - szepnąłem cicho, patrząc na dziewczynę. Nie. Halucynacje, tyle miałem widząc tą dziewczynkę na łóżku. Uderzenie serca, które się rozeszło po całym ciele, powodując ból w klatce. Wspomnienia przelatujące przed oczami w przyspieszonym tempie. Dziewczyna przekręciła głowę.
- Uek Oljeg? - kaleczyła polski gorzej niż matka. Chyba jedynie tego zwrotu ją nauczyła matka. - Sophia. - wskazała na siebie z uśmiechem. - Do you speak English?

Kurwa, czy ja umierałem? Sophie. Osiemnaście lat. Majtki w krowie łatki. Wtedy, na urodzinach babci Inki. W małej ciasnej spiżarni między słoikami opisanymi jako dżem porzeczkowy i jagodowy. Ciotka Helena przyjechała z pełnoletnią Mają oraz swoim Niemcem na tą imprezę. Skacowany wnuś babci jeszcze pływał w kosmosie między kotami. Zasłaniałem jej usta, by nas nie usłyszeli, jak głośno dyszy i pojękuje. Gdy kończyła z krzykiem pies właśnie rozdarł się przy budzie, więc wyszliśmy stamtąd poprawiając się na szybko i w lepszych nastrojach. Kurwa, wtedy? Dlatego tak szybko się ewakuowała na wieść, że mam się żenić z Elizą? Klatka bolała jeszcze bardziej, zacisnąłem w tym miejscu rękę w okręgu z trudem łapiąc oddech.

Mówili, że to może przyjść w każdej chwili, ale czemu właśnie teraz? Tak, paliłem od trzynastego roku życia trzy paczki dziennie. Nie, nie żałowałem sobie procentów, a narkotyki pozwalały się skupić na swoich wstawkach dla Jamniejnika, gdzie byłem basistą i drugim wokalistą. Patrzyła na mnie z lękiem, a ja dusiłem się właśnie powietrzem. Wstała natychmiast z łóżka i podbiegła do drzwi, otwierając je i wpadając wprost w wrzeszczące na siebie dzikie gęsi. Nie widziałem reakcji Puszki i Elizy, ale zapewne była podobna do mojej, bo nagle zrobiło się znów cicho. Sophie trajkotała coś szybko po francusku do swojej matki.

Z trudem i wysiłkiem wstałem, mając przed oczami rosnące plamy. Pies próbował zejść z łóżka, ale nie mógł. Podszedłem do drzwi. Ból rósł z każdą sekundą, ale pozwalał nie myśleć. Boże, jak chciałem zobaczyć minę tych dwóch, gdy ją zobaczyły.

- Wynocha.... Wszyscy... - powiedziałem, opierając się ramieniem. - Wypierdalać z mojego mieszkania! Teraz! - dyszałem jak prawiczek, który dopiero co zszedł z swojej pierwszej kobiety. Maja patrzała na mnie z łzami w oczach, Puszka upadła na kolana rycząc jak dziecko, ruda nie rozumiała co do niej mówię, a Eliza łapała powietrze jak ryba wyrzucona z wody. Wszystko wyglądało, jak palące się fotografie, pomniejszając widok w popiołach Czarna dziura otworzyła się przed moimi oczami, gdy runąłem twarzą na panele. Gdzieś w mgle słyszałem jeszcze, że Gerta chyba jedyna inteligentna krzyczy "on ma zawał, dzwońcie po karetkę", ale dźwięk zaległ w ciemnościach.

Błękitne pudełko na kanapki. Tak określił moje auto partner cioci, gdy je kupowaliśmy w komisie. Mało paliło, idealnie nadawało się do miejskiej jazdy, a na dłuższe podróże mogłam pożyczać jego passata. Skręciłam w niewielki zjazd na parking przed blokami. Miejsce przypisane do czwartej klatki dla mieszkania numer dziesięć było wolne. Zaparkowałam tyłem do krawężnika i wysiadłam poprawiając sukienkę. Zabrali go w poniedziałek po południu, karetką. Nikt nie miał prawa jechać z nim, bo żadne z nas nie było dla niego bliską rodziną, a pani mama Mirki odmówiła jechania z nim. Jedyne co się dowiedziałyśmy, to fakt, że rzeczywiście, miał atak serca. Stchórzyłam i uciekłam, nie wiem co dalej tam się działo. Dopiero we wtorek udało mi się pozbierać na tyle, by tam iść i spróbować wszystko wyjaśnić, porozmawiać, cokolwiek...

Na oddziale powiedziano mi, że wypisał się na życzenie własne wieczorem, mimo zastrzeżeń lekarza, że powinien pozostać na obserwacji. W mieszkaniu go nie było, przynajmniej gdy dzwoniłam do drzwi. Nie słychać było nawet psa, który zwykle szczekał na dźwięk dzwonka. Drzwi zostały zamknięte na oba zamki, a nie jak zwykle tylko na górny, bezpieczny do którego miałam klucze, więc nie udało mi się wejść do środka. Telefonów nie odbierał, co było dla niego typowe. W środę próbowałam trzy razy dostać się jakoś do środka i chyba dwanaście dodzwonić. Bez szans.

I tak dzisiaj nadszedł czwartek. Jego urodziny. Ponowiłam ostatnią próbę dojścia do niego, chociaż nie spodziewałam się sukcesów. Z zapadającego zmroku wyłoniła się ta sama pani z poniedziałku w towarzystwie swojej córki. Poczułam ssanie w żołądku, które sprawiało niekomfortowe uczucie. Tak, jak wtedy gdy poznałam mojego rudzielca bliżej... Przełamując się podeszłam bliżej nich, słysząc niezrozumiałe, francuskie słowa.

- Em, dobry wieczór... - powiedziałam, patrząc w bok, starając się myśleć o czymś w stylu wielkiej ceglanej ściany albo fal uderzających o skarpę - Pani też idzie do Aleksandra... znaczy taty Mirci... znaczy pana Różyckiego... - błąkałam się we własnych myślach. - Bo...
- Dobry wieczór - przerwała mi kobieta, mówiąc z swoim francuskim akcentem. - Tak, ma dzisiaj urodziny i nie odbierał telefonów, ale pomyślałam, że może warto spróbować do niego dojść. Jutro wyjeżdżam do mamy na południe, więc to ostatnia okazja do spotkania. W tym chaosie nie przedstawiono nas sobie.. Nazywam się Maja Monsun, a to moja córka Sophie.
- Pani jest Maja? Pomagał Mirce napisać list do pani... - ugryzłam się w wargę. - Pisałyśmy po angielsku, bo adres był kanadyjski, a francuskiego nie znałyśmy. To ona nalegała, by go wysłać i...
Kobieta zaśmiała się słabo i podeszła bliżej.

- Więc ty jesteś tym rzekomym chłopcem, którego sprowadziła do domu - położyła mi rękę na ramieniu. - Aleksiej miał racje. Chociaż wciąż nie rozumiem, czemu mówił do ciebie Puszka...
Poczułam ciepło w policzkach. Zapewne teraz byłam czerwona jak buraczek.
- To... nieistotne... - bardziej zawstydzające - Może mi pani mówić Stefka, tak mam właśnie na imię. - Dopiero teraz odważyłam się spojrzeć na stojącą obok milczącą dziewczynę. Chyba nie rozumiała polskiego. Jej mama sprostowała to szybko, proponując, byśmy przeszły na angielski, tak by tamtej było łatwiej nas zrozumieć. Przedstawiłam się powtórnie jako Stephany i z nijaką obawą podałam jej dłoń. Uścisnęła ją mocno z uśmiechem, po czym we trzy ruszyłyśmy do klatki.
- Czy mogę mieć głupie pytanie? - zapytałam jeszcze po polsku, ciągle starając się unikać żywych, niebieskich oczu dziewczyny za sobą
- Zapytać możesz, a czy zapytanie będzie głupie ocenimy po jego treści - powiedziała kobieta, gdy stanęłyśmy przy drzwiach.
Wciągnęłam powietrze mocno i zebrałam się na pytanie, które roiło się w mojej głowie od trzech dni.
- Czy pani córka... Ona jest... Czy ona jest córką pana Aleksandra? - wydusiłam to z siebie z wyrzuceniem powietrza, patrząc na dziewczynę za sobą. Była nazbyt podobna do niej. Jak bliźniaczki z różnych matek. - Wyglądają identycznie... A on żartował, że jego gwiazdeczka wygląda jakby go skserowali i przelali testosteron w estrogeny. Więc pomyślałam, że...
- Tak - powiedziała dopiero po chwil i widziałam, że z jej policzków kapią łzy. - To jego dziecko. Nie wiedziałam jednak, aż do czasu listu, że wychowuje również samotnie dziewczynkę. Wyjechałam z matką krótko przed jego ślubem do Kanady, tam poznałam swojego męża.. Urodziłam córeczkę i domyślałam się, czyją. Mąż ją zaakceptował, jednak odszedł dwa miesiące temu. Dlatego przyjechałyśmy tutaj. Zacząć wszystko od nowa. Miałam nadzieje, że uda mu się zrozumieć... A potem wyszła ta cała sprawa... - córka przytuliła matkę, chyba mówiąc coś pocieszającego, a ta też ją objęła i odpowiedziała. Zostało nam się spotkać z sprawcą całego tego zła świata, który tak bardzo w nim zamotał.

0 komentarze: