niedziela, 20 marca 2016

Schody pokonałyśmy w milczeniu, prosto na pierwsze piętro. Pani Maja wcisnęła dzwonek. Raz, drugi, trzeci. Nie było słychać ani Hadesa, ani kroków. Po prostu cisza. Ostatni raz wyjęłam klucze i wsunęłam do zamka, przekręcając pozbawiona złudzeń, że je otworzę.

Odsunęły się do tyłu, gdy tylko lekko nacisnęło się na klamkę. W jednej chwili wybiegł stamtąd grobowy chłód. W korytarzu były teraz tylko pusta szafka oraz wieszak na kurtki. W salonie sama meblościanka, kuchnie szafki oraz stół przykręcony do ściany z dwoma krzesłami na blacie. Zupełnie, jakby się wyprowadził. Zbierało mi się na szloch, gdy widziałam to wszystko nie takie, jak udawało mi się zapamiętać.

Dziewczyna nacisnęła klamkę do naszego dawnego pokoju i zawołała mnie po imieniu. Podeszłam tam, tępo wpatrując się przed siebie.

Na środku pokoju w piramidę ustawiono opakowania po lekach. Przeciwbólowe, na uspokojenie, na serce, nasenne. Niektóre w połowie opróżnione, inne całkowicie puste. Niczym to tron dla dużej, okrągłej donicy z pokruszonych niebieskich kafelków. Z niej wystawało połamane drzewko niegdyś kwitnące na balkonie, pozbawione swojej biało-różowej sukni z płatków, obumierało.

Nie było kartonów, które stały tu jeszcze nie dawno. Nie było Hadesa śpiącego z uszkodzonym kręgosłupem. Na biurku pod ścianą leżała teczka z papierami, na której postawił popielniczkę wypełnioną niedopałkami.

Wśród papierów znalazł się notarialny akt przepisania mieszkania na "Stefanię Kumicką w ramach darowizny", dane dostępowe do konta założonego na nazwisko "Kumicka-Różewicz" z wyciągiem na dość dużą sumę, która spokojnie pokryje podatek oraz zapewni godny byt samej odbiorczyni tych papierów. Nie było jednak żadnego listu pożegnalnego czy czegoś w tym stylu. Po prostu zbiór dokumentów.

Na wiklinowym fotelu, gdzie zwykła była czytać Braillem mi poezję, stał tylko dyktafon, stary kaseciak jak z filmów o dziennikarzach, na którym nagrywała krótkie wiadomości typu "idę do Puszki" "jestem w sklepie" "poszłam na spacer z Hadesem" "mam dodatkowe zajęcia w szkole" oraz inne w tym stylu.

- What is that? - zapytała Sophie, wciskając na nim play. Nagranie brzmiało jakby wykonane na jakimś klubowym koncercie. Widownia krzyczała "Jabol" "Jabol" "Jabol". Nagranie było zniekształcone, chyba dość stare.

Po chwili rozległ się czyjś głos, ktoś coś krzyczał. Znów zniekształcenia i popłynął znajomy głos. Nie tak mocno zachrypły, ale już lekko przepity. On śpiewał.

- Spotkał niewidomą dziewczynkę/Podzielił jej krzywdę i upodobanie...

Zobaczył spadającą gwiazdę z nieba/I zażyczył sobie, by mogła widzieć.

przerwa jakby na oddech

Ona otworzyła oczy/Zapomniała go jeszcze tej nocy

Pamiętam, że zaczęłam znów płakać, chociaż obiecałam sobie, że już nie będę. Kuliłam się płacząc, a Sophie klęczała przy mnie, starając się mnie uspokoić, trzymając moją głowę na swoich kolanach. Jej matka płakała w korytarzu. W oddali, w ciemność odjeżdżał nocny pociąg. Pan Aleksander odszedł.

Koniec.

Autor: Leon Białka.




2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bardzo dobre opowiadanie. Trochę pod koniec gubiące swój głębszy sens, jak po paru głębszych. Ale pozdrowienia dla autora. Dobrze się czytało. Pisz kolejne.

Wojciech Wons pisze...

Dzięki za komentarz. Autor z pewnością doceni uwagi wszelakie. Całe opowiadanie będzie dostępnie na przygotowanej stronie. Pozdrawiam.