poniedziałek, 7 marca 2016


Gwiazda błękitnego ptaka;

autor: Leon Białka

Niedzielny wieczór zapowiadał się spokojnie. Chwilę wcześniej ukroiłem w kuchni duży kawałek ciasta marchewkowego, przygotowałem sobie duże martini z limonką i brzęczącymi kostkami lodu, a z papierośnicy otrzymanej przy któryś urodzinach, wyjąłem pachnącą wiśniami cygaretkę. Ze swojego balkonu miałem doskonały punkt widokowy na zachód, gdzie za horyzontem wolno kryło się wiosenne słońce. W tle, zza lekko otwartych drzwi do salonu, wypływały włoskie arie operowe. Dopiero tak przygotowany sięgnąłem po otrzymane na ostatnie urodziny Milczenie Owiec, mając w końcu okazję i czas na lekturę. Otworzyłem na pierwszej stronie, gdy nagły huk zniszczył mój świat.

Puszka wparowała do mieszkania trzaskając drzwiami. W pamięci odnotowałem potrzebę wymiany zamków i nie przekazywania jej nowego klucza, ostatecznie odrzuconą. Przysunąłem zapalniczkę do miniaturki, kiedy weszła na balkon. Ciemna sukienka oraz czarny sweterek w wsparciu delikatnego makijażu i ostrych perfum świadczyły, że mogła wracać z randki. W dłoni trzymała swoje buty na obcasie idąc boso, chyba zdjęła je z powodu niewygody i groźby odcisków. Przyjrzałem jej się, w końcu było to nasze pierwsze spotkanie od dłuższego czasu. Chłopięca, wychudzona sylwetka pozbawiona niemal kobiecości. Buzia pełna ostrych krawędzi z drobnym noskiem i płaskimi wargami zaciśniętymi w kreskę. I te przerażające czarne oczy wychodzące spod czarnej grzywki z pasemkiem farbowanym na czerwono. W następnej chwili rzuciła już we mnie butami.

- To wszystko przez ciebie! - wysyczała przez zaciśnięte zęby, wychodząc z balkonu.

- Ja też cię witam, Puszka... - powiedziałem, wypuszczając z ust dym. Cały dobry wieczór diabli wzięli. Wróciła, gryząc chleb cebulowy z szynką. Znaczy, że dorwała się do lodówki.

- To już czwarty chłopak, którego wyśmiałam! - krzyczała, biorąc kolejne łapczywe kęsy i groźnie machając nadgryzionym plastrem szynki z kanapki – A szło dobrze, wydawał się miły... Prawie udało mi się ułożyć na nowo życie... - usiadła z trzaskiem na drugie krzesło po prawej od stolika – Poszliśmy do niego, było całkiem fajnie. Włączył jakiś romantyczny szlagier i udawał, że robi dla mnie striptiz. - Duszkiem opróżniła moją szklankę, po czym popatrzyła na ciasto i od razu przysunęła je do siebie. - Gdy zdjął gatki, wybuchnęłam takim śmiechem, że nim się skapowałam, stałam za drzwiami z butami w ręce i torebką w drugiej! Wszystko przez ciebie! - Teraz groziła mi widelcem, który wbijała dziko w moje ciasto. Może wyobrażała sobie, że to ja?

Zaraz pewnie mi zabierze ostatnią rzecz, jaką mam. Spojrzała na trzymaną przez mnie książkę z ćmą na okładce. W jednej sekundzie zamilkła, w drugiej samotna łza wymieszana z tuszem spłynęła po jej policzku.

- Pomagałam jej kupić tę książkę... - wbiła jeszcze raz widelczyk, po czym opuściła głowę, by zwrócić ją ku horyzontowi. - Nie zmienia to faktu, że to twoja wina. To ty powiedziałeś, że możemy się wprowadzić do pokoju obok i sobie spokojnie żyć. Jakby to wszystko było normalne. - Ręce osunęły się na podłokietniki krzesła. – Gotowałeś, sprzątałeś, pozwalałeś słuchać głośno muzyki, zajmować sobie łazienkę na wiele godzin, nigdy nie krzyczałeś, nawet wtedy, jak nas przyłapałeś w kuchni. Miałam głowę między jej nogami, a ty ze spokojem wstawiłeś sobie kawę i wyszedłeś, jakby nigdy nic! Nawet ona potem piszczała, że będziesz wściekły, gdy jej powiedziałam, że nas widziałeś! Do diabła, co z ciebie za ojciec! Przez cztery lata hodowałeś pod swoim dachem własne porno z lesbijkami?! Jebany Humbert! - uderzyła pięścią o stół, aż wszystko podskoczyło. Przemawiała przez nią furia.

Miała racje. Co ze mnie za ojciec? Córciu, twoja kochanka przyszła opróżnić zawartość mojej lodówki i mnie oskarżać o zepsucie jej randki. Duet sopranistek piął co raz wyższe oktawy. Mogłem ją wyrzucić za drzwi, zadzwonić do jej rodziców, jakkolwiek nie miałem już pewności, czy jako osiemnastolatka mieszka z nimi. Wypuściłem kolejny obłoczek dymu, wznosząc oczy na zadaszenie balkonu.

- Przyszłaś wyjadać szynkę z lodówki czy w jakimś innym konkretnym celu? W kuchence jest jeszcze łosoś z obiadu w śmietanie, możesz sobie odgrzać. Taki jak lubisz, przyprawiony koperkiem.... - przyglądałem się światłu pociągu, który jechał na odległym moście - Możesz spać w pokoju Mirki, na łóżku wciąż jest koc, chociaż wszystko już popakowałem. Chcę oddać jej książki i rzeczy dla potrzebujących... - przerwała mi kolejnym uderzeniem w stół, zwracając uwagę.

- Nie możesz! - mówiła przez zaciśnięte zęby – Nie możesz tak po prostu się pozbyć wspomnień! Rozumiesz?! - wstała, przewracając krzesło – I tak, taki mam zamiar. Spać na naszym – naciskała na ostatnie słowo – łóżku. A teraz cię przepraszam, zmyję swoją bojową twarz i idę spać. - Przeprosiny w jej ustach były obelgą, kpiną.

Wyszła z mojego balkonu, by zmienić operę na znalezioną płytę Nirvany i zniknąć w łazience z kolejnym trzaskiem. Po chwili, to znaczy kolejnych dwóch hukach drzwi, zamknęła się w pokoju przy salonie. W tym samym momencie zadzwonił też telefon domowy.

- Hades, telefon. - powiedziałem leniwie do srebrnego labradora, który z problemem podniósł się z posłania, ale z entuzjazmem przyniósł bezprzewodową słuchawkę . – Dobry pies.

Dzwoniła moja była żona zapytać, czy będę rano na rozprawie. Potwierdziłem tylko suchym tak i nim zdążyła coś dorzucić rozłączyłem się, nie chcąc po raz kolejny słuchać tyrady, że to moja wina. Tym razem to nie Puszka przeklinająca mnie, tylko kobieta, która wolałaby, aby nasza córka mieszkała z nią. Człowiek, który jeśli by teraz dalej żył, osiągnąłby mój wiek, śpiewał właśnie po angielsku o swoich zażaleniach. Kolejny się znalazł, pieprzony narkoman. Zgasiłem niedopałek w szklanej popielniczce. Ochota na książkę wraz z dobrym nastrojem odeszły w niepamięć. Skierowałem wzrok jeszcze ku rozkwitającemu biało bonsai-wisience.

Opiekowałem się tym drzewkiem od dziesiątego roku życia, gdy otrzymałem je od cioci z długiego wojażu po Azji. Teraz, kwitnąc w dużej donicy z niebieskiej ceramiki, była moją drugą największą dumą. Zimą przenosiłem ją do domu, ciepłe pory spędzała tutaj. Co roku dawała kilka drobnych owoców, które podkradała od maleńkości Mircia. Pamiętam, jak delikatnie się obchodziła, szukając rączką po gałązkach okrągłych kulek, które potem pałaszowała. Nigdy nie miałem serca jej za to okrzyczeć. To zapach nią kierował ku niej, a z czasem i pamięć. Wszystko o niej przypominało. Miała rację ze swoim wybuchem, który zapewne usłyszała starsza pani z piętra niżej. Nie mogłem się wyzbyć swoich uczuć, mogłem je tylko doskonale maskować, co czyniłem cały czas. Odgrywałem potwora na potrzebę przedstawienia.

Wstałem z fotela, biorąc ze sobą thriller. Kolejny pociąg nikł na długim moście. Wróciłem do mieszkania, zostawiając uchylony lufcik. Piosenka o więźniu kończyła się, gdy wyłączyłem sprzęt audio. Spojrzałem jeszcze raz na psa o rybich oczach, by otworzyć mu drzwi do drugiego pokoju. Na łóżku pod kocem rysował się kontur ludzkiej postaci.

- Dobranoc - powiedziałem bardziej do siebie, niż do zapewne udającej sen dziewczyny. Pies wskoczył na łóżko, rozkładając się wygodnie. Udawała, bo nie chciała już ze mną rozmawiać. Zamknąłem drzwi i poszedłem do siebie. Nie mówiłem już nic do czterech ścian, usypiając wpatrzony w sufit...

CDN

0 komentarze: