Z.A Agven

Mroczne Czasy

            Jak zwykle sidziałem w swoim mieszkaniu, na moim ulubionym fotelu z powodu braku pracy. Na dworzę panowała burza. Rozejrzałem się po mieszkaniu i spostrzegłem że nie mam już żadnych przedmiotów do naprawy. Moje mieszkanie było nie zbyt duże. Składało się z dwóch pokoi. Jeden robił mi za sypialnie i magazyn. Drugi zaś za biuro, w którym znajdowało się moje ulubione biurko wraz z fotelem. Oprócz tego znajdowała się w nim łazienka wraz z ubikacją. Niestety problemy z wodą utrudniały jej działanie.  Rozłożyłem się na fotelu kładąc nogi na biurku. "Nienawidzę burz piaskowych" zamarudziłem w myślach. Chwilę tak siedziałem myśląc o rzeczach nic nie znaczących. W końcu poczułem że robię się senny. Nie chciało mi się wstawać, uznałem to za zbyt męczące. Powoli moje powieki same opadały, aż w końcu zasnąłem.
            Czułem na twarzy piasek sypiący się ze wszystkich stron. Nie chciało mi się iść na tę misję.
-Znowu mnie wrobił... cholerny generał- wymruczałem pod nosem i ruszając w stronę zajazdu "Pod jebanym łbem martwego mutanta". -Kto w ogóle wymyśla takie nazwy?- zapytałem sam siebie idąc w stronę tegóż zajazdu. Mój płaszcz powiewał na wietrze. Ludzie nie zwracali na mnie uwagi, pędząc do swoich mieszkań. Stanąłem przed drzwiami do których zmierzałem. Nie zwracając uwagi na dwoje ludzi stąjących przy drzwiach wszedłem do środka. Wewnątrz panowało nie małe zamieszanie. W oddali dało się wyczuć zapach krwi i potu. Do tego wrzawa i krzyki typu "Nieźle się biję", "Nie chciałbym z nim zadrzeć" występowały co chwilę jak zacięta płyta. Gdzieś wśród zlepiska ludzi można było zauważyć barmana, który prawdepowiedziawszy zupełnie nie pasował do tej pracy. Podszedłem do baru. Zauważyłem że na ladzie leży zepsute radio. Barman w końcu mnie zauważył i podszedł do lady.
-Coś podać?- zapytał mężczyzna w rudych włosach obciętych na krótko z trzema kolczykami w lewym uchu. Zmierzyłem go wzrokiem.
-Szklankę wody. Naprawić?- odpowiedziałem i zadałem pytanie wskazując radio.
-Już podaje... a drogo sobie pan liczy?- Odpowiedział podając mi szklankę wody.
-Ta szklanka wody plus informacje i jesteśmy kwita.- odpowiedziałem, biorąc do rąk radio i wyciągając parę niewielkich narzędzi spod płaszcza. Zacząłem chwilę kręcić i dłubać przy urządzeniu, po czym dwa razy puknąłem młoteczkiem w nie i po chwili zaczeło odtwarzać jakąś kasete wsadzoną do środka. Odłożyłem je na miejsce. -Proszę- Powiedziałem po zakończeniu.
-To co by pan chciał wiedzieć?- powiedział po chwili, jakby zdziwiony że udało mi się je naprawić.

-Szukam kobiety o imieniu Shirley.- odpowiedziałem chwilę zastanawiając się nad słowami. 
-Widzisz tą wrzawe? Tam ją znajdziesz.- odparł wskazując mi miejsce. Kiwnąłem głową w podziękowaniu i ruszyłem w tamtym kierunku. Powoli przedzierałem się przez tłum, gdy w końcu na sam przód. Nie zauważyłem nawet kiedy przed moją twarzą zatrzymał się nóż. Spojrzałem na osobę, która go trzyma. Ujrzałem kobietę, która w przeciwieństwie do większości nie była grubo ubrana. Miała czarne włosy, była dość niska i niezbyt gruba, a nawet można by stwierdzić że dość chuda. Za nią na ziemi leżał jakiś wielki mięśniak.
-Co sobie pan życzy?- odezwała się w końcu opuszczając nóż i kierując się w stronę najbliższego stolika przy którym siedział mężczyzna w jakiejś dziwnej czapce.
-Siadaj- odezwał się mężczyzna przy stoliku i wskazał mi miejsce naprzeciwko niej. Zauważyłem że tłum powoli się rozchodzi. Podszedłem po woli i usiadłem przy stoliku.
-Mów.- powiedziała zniecierpliwina. Zauważyłem jak mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.
-Szukam osób chętnych do wypadu na pewną bazę. Można nieźle zarobić.- powiedziałem od niechcenia.
-Nuuudy...- skomentowała szybko. -Jeżeli to tyle to spadaj zanim skrócę cię o głowe mechaniku. -Mówiła zupełnie bez przekonania. Mężczyzna słysząc to lekko się uśmiechnął.
-Dobra... mi to pasuje... i tak nie lubię się użerać z machinami i stworami molocha.-Stwierdziłem wstając. Odwróciłem się i zacząłem zmierzać w kierunku wyjścia.
-Stój.- Usłyszałem krzyk gdzieś za sobą. Zatrzymałem się i odróciłem głowę w stronę kobiety. -Wiesz, może jednak się skuszę.- powiedziała z straszliwym uśmiechem na twarzy. Wróciłem na miejsce. "Cholerny generał, zawsze wpakuje mnie w kłopoty" pomyślałem siadając. -Co trzeba zrobić?- zapytała po chwili wpatrywania się w moją twarz.
-... zniszczyć bazę... dostajemy potrzebny sprzęt. Tylko trzeba się dostać do środka, a to niestety jest graniczące z cudem i prawdopodobnie zginę albo ty albo ja.- udzieliłem wyczerpującej odpowiedzi.
-Ej no ludzie nie ignorujcie mnie w zabawie.- Odezwał się naglę mężczyzna siedzący cały czas w czapce.- Bohaterowie się znaleźli. Jeżeli Shirley idzię to ja jako jej brat muszę ją wesprzeć.- mówił dalej swoim oburzony głosem. -Nazywam się Shadow. A przynajmniej tak mnie większość osób nazywa.- przedstwił się podając mi rękę. Spojrzałem na niego. Szybko wycofał rękę.
-Auuu... Ja idę tam gdzie pani Shirley.- usłyszałem jękliwy głos z ziemi. Podszedł i stanął obok stolika. Pokiwałem głową. "Kto by pomyślał że znajdzie się tylu idiotów..." pomyślałem patrząc po grupce.
-Czyli wy troję chciecie pójść na tą samobójczą misję?- zapytałem upewniając się.
-Coś mnie omineło?- usłyszałem kobiecy głos za sobą. Obejrzałem się za siebie. Ujrzałem blondynkę która była jeszcze bardziej rozebrana niż Shirley, mając jednak nadal na sobie ubranie. Podeszła do Shadow'a i pocałowała go.
-Trochę tak. Właśnie dołączamy do tego tu ziomka w samobójczej misji.- Podsumował jednym zdaniem całe zdarzenie. Podeszła do mnie i przyjrzała mi się z bliska.
-Nazywam się Kiria, a ty?- Powiedziała wyciągając rękię w moją stronę. "Chyba wypada się im w końcu przedstwić." stwierdziłem w myślach.
-Ech... Rave...- odpowiedziałem patrząc najbardziej znudzonym wzrokiem jaki miałem. Uśmiechneła się.
-Śmieszny jesteś.- stwierdziła. "Ja śmieszny?" zapytałem w myślach. -Będzie zabawanie.-Stwierdziła nagle.
-Dobra czyli podjęliśmy decyzje.- Odezwała się nagle Shirley.- Idziemy dokopać Molochowi.- Dodała po chwili z lekkim uśmiechem.
-Ale kto dowodzi?- zapytał po chwili Shadow. Łysy wilkolud podrapał się po swojej łysinie.
-Może Shirley- zaproponowała po chwili Kirie. -Ale nie, lepiej niech zrobi to nasz zabawny człowiek.- Powiedziała patrząc na mnie. "Czemu.. czemu muszę być to właśnie ja...." pomyślałem mając nadzieje że nie mówi o mnie.
-Mechaniku dowodzisz.- Powiedziała wstając i ruszając w stronę barmana. Ja także wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia.
-Jutro o 6... Widzimy się.- Stwierdziłem wychodząc. 
Obudziłem się, na przeciw mnie na starym krześle siedział mężczyzna w szarozielonym mundurze. "Generał" pomyślałem. Zauważyłem że na dworze burza piaskowa trochę ustała.
-W końcu Rave... Nie przeklinaj tyle na mnie przez sen.- odezwał się wstając.
-Niestety mam powody. Co jest?- stwierdziłemi zadałem pytanie.
-Góra chce żebyś w końcu wziął się do roboty.-Odpowiedział niezbyt przekonująco.
-Generale proszę przestać mi tu pierdolić farmazony.- odparłem otwierając puszkę konserwy leżącą pod biurkiem.
-Dalej jesteś zły o tamtą sprawę?- Zapytał zdziwiony moją odpowiedzią. -Nie ważne. Mam dla ciebie rozkazy.- Powiedział widząc mój wzrok ścinający jego głowę. -Góra kazała mi wybrać parę osób do misji. Bardzo trudnej misji.- wydusił w końcu z siebie.
-Znowu samobójcza misja?- zapytałem biorąc kawałek mięsa znajdującego się w konserwie na nóż.
-Nie do końca. Wierzymy że ci się uda. W końcu każdą misję kończysz z powodzeniem, kapitanie.- Odpowiedział z lekkim uśmiechem na ustach.
-I tak pewnie nie mam wyboru...- stwierdziłem jedząc kolejny kęs konserwy. -Co trzeba zrobiić?- zapytałem w końcu mierząc generała wzrokiem.  W tej chwili do mojego mieszkania wszedł asystent generała za którym zbytnio nie przepadałem. Odruchowo wyciągnąłem moje Berette na biurko.
-Hmm...- Roześmiał się widząc moją reakcje generał.- Oto sprzęt, który może się wam przydać.- Wskazał na paczkę którą trzymał w rękach asystent. Po chwili namysłu postawił ją na biórku, po czym bez słowa wyszedł. -Słyszałeś zapewne o chorobie, która aktualnie męczy ludzi w naszym posterunku.-Kiwnąłem potwierdzając.
-Obiło się...-odparłem. Generał chwilę patrzył się na mnie poważnym wzrokiem.
-Musisz zdobyć lekarstwo. Jest to chroba, która męczyła ludzi już w przeszłości. W  tym celu jutro o 6.00 udasz się helikopterem do San Francizko, małego miast zniszczonego i opuszczonego podczas wojny, gdzie znajdują się magazyny Polparmy. W nich powinno znajdować się w magazynie w sekcji czwartej bądź piątej lekarstwo. Szukaj nazwy kończącej się na "-reki". Musisz dobrać jeszcze resztę oddziału. Jedną osobę, która może ci się przydać znajduje się właśnie w zajezdzie "pod mutkiem" , ma na imię Tomir. To by było na tyle.- mówił nieprzerwanie. "W końcu skończył" pomyślałem zmęczony jego gadaniem. Na dworze znowu rozpętała się burza piaskowa.
-Przewidywana jest jakaś nagroda za to?- zapytałem w końcu. Spojrzał na mnie i wyciągnął z za pazuchy swojej kurtki jakąś kartkę.
-Miejsca, które możecie odwiedzić. Wszystko co znajdziecie należy do was. A... tylko z całą misją musicie się wyrobić do dwudziestej drugiej.-Wskazał na kartkę. Chwile patrzyłem na kartkę na której znajdował się spis ważniejszych miejsc w tamtej dzielnicy. -A postarajcie się spamiętać miejsca i daną sytuacje w okolicy za co dostaniecie specjalną nagrodę.- Powiedział Generał wstając i zmierzając w stronę wyjścia.
-Yarion.- Odezwałem się w końcu po imieniu do generała zanim otworzył drzwi.

-Nie angażuj się zbytnio. Masz przeżyć.- zatrzymał się na chwile i nim zdążyłem coś powiedzieć sam się odezwał. Chwile patrzył się na drzwi. -Do zobaczenia na odprawie Rave.- powiedział wychodząc z mojego mieszkania. Zostałem sam siedząc przy biurku.
Wziąłem z biurka swój pistolet. Wyciągnąłem magazynek i spojrzałem na jego zawartość. "Pięć naboi i jeden w komorze w gotowści" zauważyłem. Wstałem. Zauważyłem że na biurku stoi butelka mleka. Zaniosłem ją do sypialni i położyłem na szafce. Schowałem berette za pasek i ruszyłem do szafy z sprzętem. Zabrałem pas z przyczepionymi nożami i założyłem go nad pasem od pistoletów. Sprawdziłem czy wszystko się zgadza odruchowo sprawdzając czy mam także drugi pistolet. Oczywiści go nie było. Wróciłem do szafy.  Złapałem jeszcze płaszcz i zarzuciłem go na siebie. Rozejrzałem się po mieszkaniu.   Ruszyłem w stronę wyjścia. Wychodząc luknąłem na pustke w moim mieszkaniu. Wyszedłem zakluczając je.
            Zszedłem po schodach i wyszedłem przez drzwi zewnętrzne. Były one w bardzo słabym stanie, a zawiasy były od bardzo dawna do naoliwienia. Wielokrotnie zgłaszałem że je naprawie, lecz nie dostałem zezwolenia z jekiegoś błachego powodu.  Na zewnątrz burza piaskowa trwała w najlepsze. Ruszyłem w stronę zajazdu "Pod Martwym Mutkiem". "Jak  ja nienawidzę idiotów wymyślających nazwy barów zajazdów i tym podobnych rzeczy" wymruczałem pod nosem sam do siebie. Przy jednym z budynków stało dwoje ludzi ukrywając się przed burzą piaskową.
-Widziałeś tego idiotę w barze?- stanąłem kawałek dalej, aby posłuchać ich rozmowy. Znałem ich z tego że można usłyszeć od nich wiele ciekawych informacji.
-No. Był wielki jak szafa. Na plecach miał łuk, miecz i jakieś strzały.- Odpowiedział drugi.
-Stary. jak rypnął karczmarza to ten wyglądał, jakby niewiedział czy słoń po nim przeszedł czy moloch mu żone zajebał.- Słuchałem ich rozmowy, jednocześnie będąc zdumiony logiką ich porównań.
-Ale szeryf był fajniejszy co nie?- nagle przeskoczyli do rozmowy o innej osobie.
-Eeee tam... myślał że ma spluwe i jest fajny. Chodź fakt faktem chodź raz się do czegoś przydał.-rozmawiali dalej, lecz ja ruszyłem w dalszą drogę. Parenaście kroków stanąłem przed drzwiami zajazdu. Miałem już pchnąć drzwi, gdy usłyszałem jakiś hałas za nimi. Odruchowo się odsunąłem. Momentalnie przez drzwi wyleciał jakiś facet, niski z  dziwną czarną czapką na głowie i w podartym ubraniu. Za nim wyskoczył karczmarz, krzycząc "Za darmo to nawet kopa w dupę nie dostaniesz". Znałem go dość długi czas, jednak nigdy nie widziałem, aby był w tak złym  humorze. W końcu zauważył mnie. Momentalnie się uśmiechnął.
-Siemanko Rave, jak leci?- odezwał się w końcu.
-Dobrze , a u ciebie?- Spojrzałem na jego twarz i zauważyłem ogromną sieniec na prawej cześci twarzy. Nie odpowiedział. Wszedł do środka. Zrobiłem to samo. W środku jak zwykle było duszno. Pełno dumu papierosowego, który palił aż w oczy. Do tego tłok ludzi ustawiających się kolejce. Zajazd był dość dużym budynkiem, który był zawsze zatłoczony. Na przeciwko wejścia znajdowała się lada, obok niej po prawej schody które prowadziły do pomieszczeń do wynajęcia. Po lewej były wejście do kuchni i magazynu. W koło na sali wszędzie znajdowały się stoliki z większą bądź miejszą ilością krzeseł. Stanąłem mniej więcej na środku głównego pomieszczenia.
-Jest tu ktoś imieniem Tomir.- krzyknąłem jak najgłośniej potrafiłem. Wszyscy zaczeli patrzeć po sobie. "Kuźwa" przekląłem w myślach. Przypomniało mi się z tego co słyszałem nie grzeszy on inteligencją. -Tomir podnieś rękę w górę.- Powtórnie krzyknąłem. Tym razem jeden z potężniej zbudowanych osób w sali podniósł rękę. Zauważyłem, że karczmarz wskazuje mi jeden wolny stolik. -Mam dla ciebie propozycje pracy.- Powiedziałem zmierzając do stolika. Zauważyłem że wraz z nim wstaje jeszcze jedna osoba. Pierwszy moment myślałem że to mężczyzna, jednak po chwili zauważyłem pewne szczegóły odpowiednie dla kobiety.  Usiadłem na krześle. Po chwili usiedli oboje obok na przeciw mnie.
-O co chodzi?- zapytała mnie kobieta. -Nazywam się Rave. Zostałem zakwalifikowany do misji aby pomóc posterunkowi w pozbyciu się pewnej choroby. -Rozpocząłem tłumaczenie. Rozsiadłem się wygodnie na krześle. -Potrzebny w tym celu lek znajduje się w San Francizko w zakładach polparama.- Mówiłem dalej. Kobieta mnie słuchała, jednak Tomir bardzo widocznie był nie zainteresowny sprawą.
-I w czym my jesteśmy ci potrzebni?- Zdziwioło mnie słowo my.
-Potrzebuje pomocy w razie sytuacji niebezpiecznej. Misja podlega pod miano samobójczej z dużą szansą powodzenia.- odpowiedziałem dodając i szczerze mówiąc znaczenie. Tomir widocznie nie miał ochoty udawać się na tą misje.
-Co dostaniemy za pomoc?- zadała oczywiste pytanie.
-Wszystko po za celem misji co tam znajdziemy jest nasze.-odpowiedziałem najzwięźlej jak umiałem.
-Tomir idź mi zamów jakieś piwo.- stwierdziła po chwili kobieta.  - Nic ciekawego w tej misji nie widzę.- Stwierdziła w końcu, gdy mężczyzna zaczął wstawać i ruszać w kierunku lady.
-Dobra. Czyli taka jest twoja decyzja Tomir?- zwróciłem się w końcu do niego nim zdążył się oddalić. Kobieta spojrzała na niego.
-Ttttak.- potwierdził idąc dalej po piwo.
-I tak nie lubię się użerać się z molochem.-Wstałem i powoli zacząłem oddalać się w stronę drzwi.
-Czekaj. Z molochem mówisz. Powiedz coś więcej.- zdziwiony nagłą zmianą wróciłem na miejsce.
-Podejrzewa się że moloch wywołał tą epidemie, a oprócz tego istnieje prawdopodobieństwo że w San Francizko znajdują się wszelakiego rodzaju mutanty molocha.- zauważyłem nagły nawrót entuzjazmu i chęci współpracy z jej strony.
-Dobra, trzeba dokopać molochowi. Bierzemy tą robotę.- W końcu wybuchneła pełną entuzjazmu zgodą.
-Misja rozpoczyna się jutro o szóstej, a musimy wyrobić się do dwudziestej drugiej i znaleźć w miejscu ewakuacji. W razie spóźnienia helikopter odleci bez nas. - powiedziałem ruszając się z miejsca. W tej chwili wrócił Tomir z jakimś smierdzącym alkoholem zamiast piwa. -Odprawa jest jutro pół godziny przed misją.
-Tak szybko.- nagle wymarudził. -Ja wstaje zazwyczaj o dziesiątej.- kontynułował.
-Cicho badź. Skoro można dokopać molochowi to dasz radę. -przerwała jego marudzenie.
-Nie chcę.- próbował kontynułować.
-Dostałem trochę materiału wybuchowego. Będzie bum.- użyłem argumentu jak dla dziecka.
-Ale ma być duże. -Odpowiedział i zamilkł.
-Macie gdzie spać?- zapytałem w końcu.
-Nie zbyt.- odpowiedziała.- Ale właściwie.- spojrzała na mnie charakterystycznie.
-Dobra, pewnie skoro się zgodziliście się pomóc mam was przenocować.- odpowiedziałem stwierdzając fakt. Wstali. -Chodzcie za mną. -Ruszyłem w stronę wyjścia. Kiwnąłem do karczmarza w podziękowaniu za załatwienie miejsc i wyszedłem z zajazdu. Całą drogę szli cicho. Weszliśmy do budynku w którym znajdowało się moje mieszkanie.
            Po chwili wchodzenia po schodach znajdowaliśmy się już przed moimi pokojami. Wziąłem klucz i po chwili weszliśmy do środka. Nim zdążyłem się spostrzec kobieta zajmowała moje łóżko wybierając się spać , wypiła także pół butelki mleka znajdujący się na niej. Tomir rozejrzał się po mieszkaniu zajrzał we wszystkie kąty, jakby czegoś szukał. Po chwili położył się na podłodze i zasnął. Ja ruszyłem do mojego ulubionego miejsca w domu. W biurze było jak zwykle najprzyjemniejsza temperatura nie za ciepła ani za gorąca. Usiadłem i położyłem nogi na biurku. Z jakiegoś jednak powodu nie mogłem spać. Całą noc próbowałem spać, jednak udało mi się tylko króciutką chwilę.
            Godzinę przed rozpoczęciem misji wstałem aby wyczyścić mój pistolet. Pamiętam że dawniej robiłem tak przed każdą misją. Chwile po mnie wstała kobieta, która do tej pory nie podała mi imienia. Zauważyłem że Tomir słucha jej rozkazów. "Dziwne gusta ma  ale dobra" pomyślałem powstrzymując się od śmiechu przyglądając się mojej Berett'cie. Jej czarny kolor po wypolorowaniu odbijał światło prawie jak lustro. Jak zwykle byłem dumny ze swojej pracy. W końcu podeszła do mnie widocznie ciesząc się z możliwości dokopania molochowi.
-No, pozostało obudzić tego lenia.- wskazała na Tomira, który smacznie sobie chrapał, po czym podeszła do niego i nim zdążyłem zrozumieć co robi kopneła go dość mocno. On jednak nie zwrócił nawet uwagi na ten cios. Chwile się mu przyglądała i po chwili ponowiła atak.  Tym razem kopniak był mocniejszy i niejendemu połamał by on wszystkie żebra. Jednak ten znowu nawet nie jęknął, a jedynie przewrócił się na drugi bok. Widocznie zdenerwowana lenistwem swojego towarzysza, cofneła się pare kroków w tył po czym z lekkiego rozpędu kopneła go bardzo mocno. Tomir wzdrygnął się lekko, po czym obejrzał za siebie i usiadł.
-Co się stało? Czemu mnie klepiesz po plecach?- zapytał zdziwiony nagła pobudką. Po woli zdawał się oprzytomniewać po snie. Podszedłem bliżej rozbawiony tą sceną. Zauważyłem że butelka mleka leżąca na szafce była opróżniona.
-Wstawaj, trzeba dokopać molochowi.- odparła oburzona zachwaniem Tomira. Spojrzałem na jego znudzoną minę.
-Ja chcę jeszcze spać. Obudzcie mnie za trzy godziny.- stwierdził przymierzając się do dalszego snu.
-Wstawaj bo fajerwerki cię ominą.- odezwałem się w końcu zaciekawiony czy da się powtórnie nabrać na tego typu tekst.
-Fajerwerki będą?- zapytał nagle rozbudzony.-Trzeba było tak od razu. Gdzie idziemy?- Powiedział wstając nagle z ziemi i zabierając swoje przedmioty, które leżały obok niego.
Spojrzałem po nich i po chwili wyciągnąłem z jednej z szaf moje ostatnie trzy konserwy.  Rzuciałem każdemu z nich po jednej.
-Nie wolno rzucać jedzeniem.- odezwał się Tomir, ledwie łapiąc swoją.
-Zamknij się. Ciesz się że dostałeś.- odpowiedziała mu.  -A zapomniałabym, nazywam się Kyrja.-Podeszła wyciągając w moim kierunku dłoń. Spojrzałem na nią i wydziąc jej groźną miną uścisnąłem ją.
-Już się przedstawiałem ale powtórze. Nazywam się Rave.- Powiedziałem puszczając dłoń kobiety. "Gdyby się nie przedstawiła do teraz nie byłbym pewien czy to kobieta" pomyślałem wtedy, lekko się śmiejąc z własnych myśli. Kątem oka zawuażyłe jak Tomir męczy się z utworzeniem konserwy. Stuka nią jakimś kamieniem, który zresztą nie wiedziałem skąd wytrzasnął. Wziłem jedne z moich noży i wstałem. Podeszłem do niego podając mu go. -Za chwile idziemy na odprawe. -stwierdziłem w końcu siadając na powrót w swoim fotelu. Zabrałem się za zajadanie konserwy.Chwile później byliśmy gotowi do wyruszenia na odprawe. Zamknąłem mieszkanie po czym wyszliśmy na ulicę. Panował spokój. "Za spokojnie, podejrzane" pomyślałem jednak starałem się nie dawać po sobie poznać zaniepokojenia. Ruszyliśmy do budynku odpraw przy "lotnisku". Był to po prostu kawałek asfaltu, nie dość tego nie równy. Cały czas odnosiłem wrażenie, jakby ktoś za nami szedł, ale równie dobrze mogły być to tylko zwidy. Po krótkiej chwili dotarliśmy na miejsce. Przed wejściem stało dwoje strażników, widząc mnie klasycznie zasalutowali.
-Zapraszamy kapitanie do środka.-odezwał się ten po lewej. -Generał już czeka.- odezwał się drugi. Złapałem za klamkę i wszedłem do środka.
            Znaleźliśmy się w średniejwielkości pokoju z którego wychodziły troję drzwi oprócz tych, którymi weszliśmy. Na środku znajdował się stół, a w koło niego cztery krzesła. Na środku stołu leżały różne kartki wśród, których dało się dostrzec jakieś mapy. Na jednym z krzeseł siedział generał.
-Witaj Rave. A więc to jest Tomir?- Wskazał mężczyzne wchodzącego za mną. -A kim jest ten drugi mężczyzna?- zapytał po chwili widząc wchodzącą drugą osobę. Chwile później zrozumiałem że chodzi mu o Kyrje. Nim zdążyłem zareagować jego asystent podszedł do niego i wyszeptał mu coś na ucho. Ruszyłemw stronę krzesła.-Wybacz. Nie chciałem cię uraźić. Przepraszam za pomyłkę.- Wkońcu odezwał się patrząc na Kyrje. Nie odpowiedziała mu. Oboje ruszyli za mną.  Usiadłem naprzeciwko generała, zaś oni obok po prawej Tomir, a po lewej Kyrja. Rozłożyłem się na krześle. Przypomniałem sobie że nie wziąłem sprzętu, który dostarczył mi generał.
-Zapomniałem.-prawie krzyknąłem. -Nie wziąłem tej paczki, którą mi dostarczyliście.- wytłumaczyłem.
-Zaraz kogoś wyślemy. -powiedział i kiwnął palcem na swojego asystenta.  Ten podszedł i wyszeptał coś na ucho generałowi. Ten jednak widocznie wkurzył się słysząc to. Odpowiedział mu jednak nie było słychać co. Asystent ruszył w stronę drzwi.
-Czekaj.- powiedziałem rzucając mu klucze do mieszkania. -Tylko nic nie zepsuj.-dodałem. Asystent spojrzał na mnie wrogo, po czym szybkim krokiem wyszedł.
-Dobra rozpocznijmy, wyjaśnie wam wszystko dokładnie.- odezwał się generał, wstając. Popatrzyłem na mapę która przedstwiaja ogólny zarys rozmieszczenia budynków i różne punkty. -Nazywam sie generał Yarion. - Przedstawił się moim towarzyszą. Kyrje tylko spojrzała na niego, zaś Tomir już wstawał aby się przedstawić gdy nagle zrezygnował po dziwnym uderzeniu dobiegającym spod stołu. Poczułem niespodziewane zmęczenie, efekt nieprzespanej nocy i nim się spostrzegłem moje oczy zaczeły się same zamykać. 


2 komentarze:

Franek F pisze...

POSTAPO POSTAPO <3

Choć muszę przyznać trochę niedorobione opowiadanie..

Zygmunt Andrykowski pisze...

Jako autor tego opowiadania przepraszam za wszelkie błędy. Jestem w trakcie korekty ( w końcu znalazłem chętną osobę do pomocy, gdyż sam wielu nie spostrzegałem ) i w ciągu miesięcy postaram się podesłać MuzyQ'owi poprawioną wersje wszystkiego co do tej pory wrzucił, a także kolejne fragmenty. Oczywiście wszelkie błędy które zauważycie bardzo bym prosił o podesłanie, czy to do mnie, czy napisanie w komentarzach.