Puszcza(Fragment z Wielkiej Księgi Plemion Osegornu)


Las zawsze żył tak jak na początku czasów, ze swoim powolnym rytmem i powtarzalnością cykli natury. Czasami owy spokój zakłócały gorące i niszczące wszystko na swej drodze płomienie lub woda z jeziora- nazywanego w języku ludzi Leśnym Okiem- która najzwyczajniej w świecie zagrabiała na wiosnę kawałek polany odzielającej Nas, szlachetnych i potężnych Pasterzy Drzew od tego nieokrzesanego żywiołu. “Cała ta demonstracja podtapiania łąki ma być tylko pokazem siły, który do niczego nie prowadzi”, tak przynajmniej zapisane jest w historii rodu Drzewców przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

Aby dobrze zrozumieć całą tę historię, nasi przyjaciele z rodu Ptaków przenoszą młode żołędzie do serca i matecznika Puszczy, skąd wychodzą wszystkie dawne, wielkie rody I gdzie młode drzewa uczą się Naszej historii. Pamiętam, że jako młody dąb zawsze podziwiałem procesje szlachetnych zwierząt wyprowadzanych przez Matkę Naturę i jej córkę Wiosnę do regionów, gdzie dopiero moi krewniacy zapuszczali korzenie. Jedni szli na północ a potem chyba na wschód do krainy Dwojga Jezior. Drudzy powędrowali na zachód, gdzie żył dumny lud bardziej przypominający zwierzęta obdarzone mową i rozumem w swej postaci niż obecnych ludzi. Inni zapuścili się w górę rzeki zasiedlając tamtejsze pola i góry.

Wtedy zwierzęta były potężne, nie to co dzisiaj: małe, skarlałe, niższe i często podległe człowiekowi. Nawet żmije miały swoją godność, bo nie zadawały się z ludźmi a inne, dumne rody były wzorem dla ludzi którzy przyjmowali zwierzęce wizerunki za symbole swoich plemion.
Ci do dzisiaj żyją z rytmem natury....



#1

Pierwsze, blade, nieśmiałe promienie wschodzącego słońca nad stepem zaczęły rozpraszać mrok i chłód nocy odbijając w rosie swój złoty blask. Jak okiem sięgnąć, wszechobecne trawy połyskiwały ciepłym blaskiem budząc ze snu swoich mieszkańców. Gdzie niegdzie dał się słyszeć szelest przemykających małych gryzoni, pojedyncze ćwierkania i szum skrzydeł, oraz nawoływania godowe wielkich, Szlachetnych Jeleni- opiekunów stepów ogłaszających swoje przybycie głośnym porykiwaniem. Szum wiatru i stukot kopyt o ziemię nie zapowiadał tego, co miało nastąpić.
Gdy słońce pokazało się nad horyzontem, a ciepło poczęło muskać połyskliwe futerka przycupniętych przy ziemi myszy polnych z oddali dało się słyszeć odgłosy burzy. Dudnienie było rytmiczne, a na niebo przejrzyste. Wszyscy mieszkańcy stepu nie potrafili określić źródła dźwięku. Jelenie, jako że były ze wszystkich największe i najodważniejsze, jedyne ruszyły w stronę z której docierał dźwięk. Nie uszły daleko kiedy dobiegł ich zapach ognia, mimo to wędrowały dalej.
Z pagórka nieopodal, roztaczał się widok na rejony bliższe rzece- w języku ludzi nazwanej Manemit, przecinającej krainę traw od lasów na północy aż po brzeg morza na południu- wzdłuż której rosła najbardziej soczysta i największa trawa. Kiedy Opiekunowie Stepów zatrzymali się na wzniesieniu, od razu poczuli nieznany do tej pory zapach.
Stworzenia, które go wydzielały poruszały się na tylnych kończynach, przednimi natomiast podawały jedzenie braciom Koniom, a do tego wszystkiego porozumiewali się jakimś dziwnym językiem. Nie był to język natury, ani język jakiegokolwiek plemienia zwierząt. Szlachetni rogacze mieli już zawracać, aby opowiedzieć wszystkim co widzieli, kiedy wśród obcych rozległo się długie, przeciągłe, stłumione wycie. W jednej chwili obcy dosiedli Koni i galopem ruszyli w stronę rogatych zwiadowców na wzgórzu.
Potem był już tylko galop, gwizdy obcych, świst śmigających jak piorun koło uszu gałązek, galop, krzyk bólu jednego, dwóch może trojga z braci, zapach krwi i dalszy galop na złamanie karku…..a gdzieś w oddali krzyki radości obcych.
Daleko na niebie kołowały Kruki, które widziały całe zajście. Żaden nie wydał dźwięku, tylko kolejno zatoczyły krąg nad obozem obcych i rozfrunęły się na wszystkie strony świata niosąc wieść o smutnym końcu żywota braci ze szlachetnego  plemienia Jeleni.

*
Zwiadowca oderwał głowę od ziemi, pociągnął nosem w kierunku wiatru i spojrzał w niebo. Wydał z siebie cichy, chrapliwy dźwięk. Po chwili odwrócił się do pozostałych członków zwiadu cedząc słowa we wspólnym języku Aragenów:
- Wiedziałem…. Wiedziałem, że zabiją któregoś ze Szlachetnych w momencie, gdy wczoraj skra strzeliła z ogniska na mój tatuaż- rozchylił poły kaftanu ze skóry królika prezentując pierś, na której widniało wyobrażenie głowy jelenia z porożem barwy agatu z oparzeniem widocznym między piersiami;
- Lekki podjazd Olmanu, było ich wyrżnąć dwa dni temu…- mruknął jakby do siebie dowódca spluwając przy tym z grzbietu wierzchowca, po czym ryknął na niedawno przyjętego do wojowników młokosa - Młoooooooody!!!!! Podciągaj gacie, ruszamy!!! Ile można sikać?! Z kozą żeś się zabawiał? Toć co postój, to ten gacie w dół i trawę ozłaca; jakby to komu potrzebne było. Ruszaj, że się szybciej cherlaku jeden!!!
Gdy już wszyscy byli w siodle ruszyli z kopyta, kierując się prosto do obozu obcych. Nie minęło dużo czasu jak stanęli na pagórku, skąd parę godzin wcześniej przyglądało się obcym rycerzom stado jeleni. Przypadli do ziemi, kładąc konie przy sobie, licząc ludzi w obozowisku.
-Będzie ich z tuzin- rzekł zwiadowca odwracając się na plecy jednocześnie wypuszczając powietrze, dodając:
- Wypada po trzech na jednego….;
-Właściwie to czterech, bo młody przypilnuje koni- odparł dowódca wyciągając czekan zza pasa i podnosząc się z ziemi;
-We trzech nie dacie rady, oni mają długie miecze i kusze…i w ogóle…- ostatnie słowa utkwiły w gardle młodego, gdyż pięść towarzyszącego im wojownika z wytatuowaną twarzą rozbiła się o szczękę nowicjusza, któremu aż pociemniało w oczach od ciosu;
Zapadła krótka, acz niezręczna cisza.
- Nie no….Nie wytrzymałem pieprzenia tego smarka. Darujcie; dopiero czwarty dzień jazdy a ten „o jej, obtarłem sobie nóżki, o jej, dupa mnie boli od siodła…”.-charknął i splunął- Bierzmy lepiej co nasze i wracajmy do „wioski”- rzekł ponuro i zdjął z pleców topór o podwójnym ostrzu.
Podkradli się bezszelestnie w wysokiej trawie. Jeleni udziec nadal kręcił się na rożnie nad ogniskiem, konie lekko zarżały w geście powitania, gdy Aragenowie zbliżyli się do obozu obcych. Podeszli z trzech stron, pełznąc ostatnie metry na brzuchach. Kiedy mogli oddzielić poszczególne wyrazy z rozmów obcych, zaatakowali.
Ruszyli na raz, gwałtownie z okrzykiem bojowym w piersiach. Tatuaże na piersiach błyszczały w ferworze walki dodając siły swoim właścicielom. W oczach żołnierzy Olmanu, Aragenowie byli więksi, szybsi i przypominali zwierzęta, których wizerunki mieli na sobie, toteż oprawcy jeleni w popłochu zaczęli uciekać zapominając o broni. Mimo to, nie zaznali litości. Pierwsze trzy trupy padły bez wydania dźwięku; topór, czekan i miotany nóż zwiadowcy posmakowały krwi w tym samym momencie. Kolejni rycerze padali jak muchy. Topór odcinał głowy, które z rozbryzgiem krwi wzlatywały w powietrze wykonując parę obrotów wokół własnej osi tuż przed upadkiem; czekan perfekcyjnie blokował ciosy miecza, a do pary z długim nożem bojowym, który jednym ruchem powodował wypływanie jelit i reszty juchy z ciała prosto na buty właściciela, tworzyli śmiercionośną parę tancerzy. Oba toporki zwiadowcy także przyłączyły się do tańca, prując gardła wrogów tak, że dopiero widok własnej posoki z tętnicy na kaftanie oponenta zwracał uwagę rycerza Olmanu na to, że nie żyje od kilku sekund.
Sama potyczka trwała krótko, wszyscy obcy w barwach Olmanu zostali wycięci w pień poza dowódcą owego patrolu, który w bałaganie walki gdzieś zniknął. Kiedy szał bitewny opuścił zwycięzców, spod derki przy palenisku wyskoczył sierżant dowodzący najeźdźcami ze sztyletem długim jak całe przedramię dorosłego mężczyzny. Jak łatwo się domyśleć zaatakował od pleców dowódcę Aragenów, który zdążył tylko się odwrócić aby zostać obryzganym kawałkami oka, mózgu i krwią napastnika padającego na ziemię.
Wybawicielem swojego dowódcy okazał się niedawno upieczony myśliwy, którego wszyscy nazywali po prostu „młodym”. Wpadł na pomysł, aby podprowadzić konie kiedy cała walka ucichnie. Gdy zobaczył napastnika atakującego od tyłu jednego ze współplemieńców, bez wahania sięgnął po łuk i z grzbietu galopującego wierzchowca wypuścił strzałę, która przewierciła się przez potylicę czaszki oraz mózg, wybijając oko swojej ofierze.
Dopełnieniem wyroku śmieci na atakującym sierżancie okazał się cios topora wojownika z tatuażami na twarzy, który rozciął wroga od barku aż po ostatnie żebra.
- Tak kończą Ci, którzy walczą bez honoru- rzekł dowódca Aragenów;
- Aha, byłbym zapomniał. Dzięki młody za uratowanie życia, dowiodłeś że jesteś mężczyzną i że potrafisz rozmawiać ze zwierzętami bez słów, inaczej nigdy byś nie trafił z łuku siedząc na galopującym koniu. Podczas najbliższego przesilenia otrzymasz Błogosławieństwo Totemu, oraz Żelazne Imię. Ale do tego czasu jeszcze daleko- dowódca roześmiał się widząc niepewność i niedowierzanie na twarzy współplemieńca.
Spalili pozostałości po Szlachetnych Jeleniach opłakując je jak nakazuje obrządek, poczym zebrali broń oraz chorągiew żołnierzy Olmanu, wzięli też ich wierzchowce pozostawiając trupy dla padlinożerców i innego plugastwa.
W trakcie „sprzątania” obozu zrobił się wieczór, jednak zwiad Aragenów wyruszył w dalszą drogę, ponieważ nie chcieli nocować w miejscu smutku i rozlanej krwi.



http://www.tapeta-jesien-las-jelenie.na-telefon.org/tapety/jesien-las-jelenie.jpeg



3#
Podróże nocą nigdy nie należą do tych bezpiecznych i łatwych choćby ze względu na możliwość zobaczenia rzeczy, na które nie ma się ochoty jak na przykład Morowej Panny, Diaboła, czy innych równie ciekawych-- niosących chorobę lub przekleństwo rozstai- stworzeń.
Odrobinę otuchy dla jeźdźców stanowił księżyc oświetlający zwierzęcą ścieżkę pośrodku stepu. Aragenowie często z nich korzystali, ponieważ były bezpieczne. Nie raz i nie dwa uratowali się przed tropicielami wrogich klanów, czy nie daj Boże, szpicy oddziału Olmanu- potomków imperium, którzy w swej pysze uważali, że tylko ludzie czystej krwi mogą stąpać po ziemi.
Jakiekolwiek nie były by powody, owe ścieżki uważane są za bezpieczne przez liczne tropy mieszkańców traw, które maskują ślady braci koni.
Oddział „ludzi jeleni”, jak o sobie mówi zachodni szczep Aragenów, z wolna posuwał się w świetle księżyca ku swojej Wiosce Traw- sezonowej osadzie, gdzie przychodziły na świat młode jelenie jak i dzieci ludzi.
Księżyc stał wysoko kiedy zerwał się wiatr. Wiatr, zimny i nieokiełznany. Wiatr, którego nie było od czasu kiedy Dawni żyli w Osegornie.
Rozszalała się wichura tnąca kawałkami lodu- pomimo późnej, letniej pory-  powalająca z nóg potężnymi podmuchami. Szum skrzydeł żywiołu był tak potężny, że nie dało się słyszeć nawet towarzyszy jadących obok, pomimo to brnęli dalej. Posuwali się powoli, bardzo powoli, gdyż kryształki lodu nie dawały za wygraną wbijając się po całej powierzchni ubrania wyziębiając powoli jeźdźców. Po jakieś godzinie jak, uważali podróżni, zsiedli z koni i razem z wierzchowcami położyli się na ziemi okrywając derkami. Cóż innego mogli zrobić w obliczu takiego zagrożenia, kiedy do najbliższego zagajnika był prawie dzień drogi. Szczęściem zatrzymali się przy jakichś pagórkach, więc chociaż z jednej strony mogli się osłonić od zimna.
Gdy tak leżeli dzwoniąc zębami, dowódca wymacał w trawach dźwignię, pociągnął i zsunął się w dół razem z koniem. Tropiciel leżący tuż obok dowódcy, widząc co się stało nie zamierzał czekać na śmierć z wychłodzenia;  szturchnął wojownika, a ten nowicjusza. Chcieli zsunąć się na stopach sprowadzając konie,  ale te zapierały się. Kolejny podmuch wiatru zdecydował o wszystkim. Zawyło tak jakby sam rozsierdzony Płanetnik bawił się powietrzem, konie spłoszone zepchnęły opiekunów do podziemia same uciekając jak najdalej od tego miejsca…



3,5#


Mrok, zapach wilgotnej ziemi i cisza jaka panowała wokół aż witały podróżników w podziemiach tego czegoś, czego korytarzy nawet zobaczyć nie można było. Jedynym punktem odniesienia, po którym mogli zorientować się w kierunkach okazał się zsyp, którym nasi wędrowcy dostali się pod wzgórze na którym chwilę temu leżeli chroniąc się przed wrednie zimną nawałnicą.
Otoczenie jakkolwiek wilgotne z jednym wyjściem pod górę nie dawało prawie żadnych perspektyw spędzenia czasu inaczej jak siedząc w miejscu, w którym obecnie się znajdowali.
- Kroter!..... Kroooter!!!...... Kroterrrr!, Psia Twoja mać, jesteś w reszcie, gdzie się szlajasz do ciężkiej cholery!!- rzucił bluzgiem jak zwykle dowódca- Myślisz, ze jak jest to twoja pierwsza wyprawa to cię będziemy ratować jak zabłądzisz w tych parchatych korytarzach?!
-Uratowałeś mi co prawda życie…ale bez przesady…; poczym charknął i splunął na przeciwległą ścianę.
Mech, pod wpływem spływającej po ściennej mozaice plwociny, rozjarzył się zielono błękitnym blaskiem oddając tym samym znikome światełko w ciemnym jak noc tunelu. Tym samym uwidaczniając wzór składający się na cały obrazek przedstawiający scenę pochówku jakiegoś mitycznego króla.
Scena przedstawiała korowód żałobników odprowadzający lektykę z martwym władcą do krainy podziemi. Dokładny układ kolejnych postaci został zatarty przez upływ czasu i wilgoć panującą u wejścia. Jedyne co Korhan, dowódca oddziału mógł dostrzec przy słabym świetle na ścianie to kolejne postaci konduktu. Każda z nich niosła jakąś rzecz, która mogłaby pomóc denatowi w przejściu do następnego świata lub w życiu już po przekroczeniu bram śmierci. Wzdłuż całej mozaiki na górze i dole, jak taśmy wieńczące skraje sukni, biegły ciągi znaków alfabetu Dawnych na złotym tle, którzy najwidoczniej mieli tutaj swoje cmentarzysko.
-Lepiej się nie zapuszczajmy dalej.- rzekł Yiedar, zwiadowca- Nigdy nie wiadomo jakie Licho drzemie na straży spoczynku dawnych króli.
-Eeee tam…. Za to wiem, co znajduje się wokoło sarkofagów takich bogaczy. Wyobraźcie sobie, mieć topór mitycznego władcy….wieczna sława…góry złota….zastępy kobiet na zawołanie i tysiące wiernych wojów;- rzucił niedbale acz z błyskiem w oku Dirson, wojownik o wytatuowanej twarzy, robiąc ruch jakby zamierzał zbadać dalsze części korytarza kurhanu;
- Nie boisz się klątwy?!
- Jakiej klątwy… To mity i zabobony. Nikt od tysiąca lat nie słyszał, żeby jakaś klątwa Dawnych się spełniła. Ja idę, wy róbcie co chcecie.-tymi słowami Dirson pożegnał współtowarzyszy odwracając się na pięcie. Pomaszerował dość miarowym tempem.
Od tej pory o jego istnieniu  świadczyły tylko równe odstępy uderzeń butów na kamiennych płytach
- Czy wyście słyszeli tego skórw… -Korhan nie dokończył zdania, gdyż przerwało mu zawołanie młodego;
-Zobaczcie co znalazłem!!  Prędko!!!
-Co drzesz gębę jak stara baba owłosioną pi….-tutaj dowódca zamarł w półsłowa widząc fresk, który odkrył Kroter, odłupując swoim nowicjackim nożem część mozaiki.
Fresk przedstawiał również scenę z życia Dawnych. Na malunku widniała główna sala owego kurhanu, gdzie na piedestale pomiędzy czterema kolumnami oznaczonymi kolejno symbolami żywiołów natury, nad kręgiem ognia  unosiła się postać młodej, ponętnej kobiety o ciemno oliwkowej cerze odzianej w mokre, czerwone, przylegające do krągłego ciała szaty. Pomimo wilgotnego, od wody i potu, materiału jej kruczoczarne włosy zalotnie podniesione zgrabnymi dłońmi rozwiewały się na wietrze podkreślając zmysłowość postaci; jak gdyby uwydatnione, jędrne piersi odkształcające  suknię nie robiły tego dostatecznie dobrze.
U stóp piedestału, wokoło stosu  broni oblanej świeżą krwią, można było dostrzec mężczyzn  różnych epok i kolorów skóry w samych tylko przepaskach na biodrach, oddających pokłon ponętnej kobiecie z piedestału. Im bliżej znajdowali się aury uchodzącej z jej krągłego ciała, tym mężczyźni na fresku byli chudsi i bledsi, aż do całkowitego wyschnięcia.
-Noooo, młody. Niech cię krasnolud wyrucha. Ty to masz szczęście… nie ma co;- pochwalił Krotera Korhan- Jak jeszcze uda ci się przeżyć tę przygodę to sam odnajdę kamień zodiakalny dla twojego tatuażu Żelaznego Imienia, hehehe;
-Dobra, dobra….zobaczymy jak to się najpierw wszystko skończy. Póki co, musimy ratować Dirsona. Inaczej możemy już nie oglądać jego szpetnej mordy. Gdyby konie nie uciekły miałbym więcej niż procę i nóż nowicjusza….;
-Za to mój koń mnie nie zdradził, heh- dowódca zbliżył się do swojego wierzchowca, po drodze wydmuchał w palce nos, po czym rękę wytarł w spodnie a na końcu wyjął z juków miecz jednosieczny o zgrabnej, długiej głowni.
-To dla ciebie młody. Weź. Co prawda miał być na sprzedaż, ale w pełni na niego zasługujesz- po czym podał miecz Kroterowi.
Ten ujął broń w obie dłonie nie wierząc w to, co się dzieje. Złapał prawą ręką za trzon, obłożony dębową okładziną  oraz dodatkowo owinięty skórą, następnie wyciągną ostrze z pochwy. W tunelu zrobiło się jakby jaśniej, gdyż dobrze wypolerowany brzeszczot odbijał nawet nikłe promienie światła.
- Co oznaczają te symbole? Są podobne do tych ze ściany…
Korhan ściągną brwi, wygładził brodę poczym wyrecytował: „Deir hyes hniyee cyer„. Co we wspólnym oznacza: „Niech się dymią”;
- Aaaaaaaa….. No dobra. heh.  Jestem pod wrażeniem wiedzy. Ale jak to rozumieć?
-Skąd mam wiedzieć?! Ty młody jesteś zawsze najmądrzejszy to kombinuj. Podpowiem tylko, że podarował mi go pewien krasnolud w zamian za uratowanie życia, gdzieś we zachodnich górach w pobliżu Płaskowyżu. Więc miecz jest ich produkcji, ale o napis mnie nie pytaj…
-O, właśnie- dodał po chwili- tamten mały brodacz mówił coś o Księdze Okrzyków Bohaterów. Nic więcej nie wiem.
-Dobra ptaszki! –wtrącił się jak dotąd cichy Yiedar zwiadowca- za chwilę włożycie sobie języczki do gardła z tej słodyczy.- po czym splunął.
-Ja mam przy sobie moich bliźniaków- jak pieszczotliwie nazywał swoje lekkie toporki- jestem gotów, żeby iść i spuścić łomot tej dziwce ze ściany o ile na nas czeka.
- Skąd wiesz, że ona tam jest?- Korhan nie ukrywał zdziwienia;
-Nie wiem…..A właściwie wiem. Chociaż nie jestem pewien. Wyczuwam ją.
Obawiam się, że do pewnego stopnia mogę być z nią związany więzami krwi….




#4

Tym czasem Dirson miarowym krokiem podążał w głąb kurhanu po idealnie ułożonych, gładkich płytach chodnika  spiralnego tunelu. Nie dostrzegł różnicy w wyglądzie otoczenia, właściwie to niczego nie widział poza czerwonawą łuną na końcu tunelu.
Długo nie trwało kiedy zatrzymał się za klęczącymi rycerzami przed Władczynią Zmysłów, choć obecnie z całej zmysłowości pozostały rzadkie kępki sfilcowanych włosów i równe rzędy kości klatki piersiowej uwydatniające się przez skórę koloru starej cytryny.  Z jej piersi pozostały zasuszone, nieokreślonego kształtu płaty zwiotczałej skóry majtające się przy każdym ruchu powietrza. Pomimo wiedźmowatej szpetoty Dirson widział w niej piękność z fresku…. .
Reszta bohaterów biegła mu na ratunek. Dotarli w momencie, w którym wojownik klękał składając swój topór o podwójnym ostrzu na kamiennej posadzce przed sobą. –Nieeeeee!!!!- krzyknęli we troje, lecz to nie powstrzymało Dirsona, oddał pokłon kobiecie z piedestału  i zanurzył cały w trujące opary, które z wolna zaczęły go obejmować.
-Twoje, kurwa niedoczekanie- rzekł niby w zamyśleniu do siebie Yiedar podnosząc z podłogi kawałek właśnie znalezionego jakiegoś świetlistego metalu, po czym rzucił nim prosto w lewitującą wiedźmę. W tym samym czasie pozostała dwójka pozbierała z posadzki wojownika w brew jego woli i niosąc go razem z toporem zaczęli się wycofywać w stronę włazu wejściowego.
Rzucony kawałek metalu trafił wiedźmę idealnie między zasuszone pozostałości po pełnych piersiach.
Później rzeczy potoczyły się nader szybko. Po otrzymaniu ciosu wiedźma wydała z siebie obrzydliwie tępiący pisk. Wszyscy zasuszeni wojownicy zaczęli się podnosić z ziemi i zbierać swoją broń dalej kierując się w stronę grupki przyjaciół. Oczywiście Dirson był bezużyteczny. Więc stanęli we trójkę w poprzek tunelu przygotowani do walki. Drobnym sprzymierzeńcem okazał się upływ czasu, ponieważ pierwsza dwudziestka ożywionych sługusów wiedźmy rozpadła się pod wpływem ruchu i ciężaru broni oraz swojego nieszczęścia, za to pozostała pięćdziesiątka była w lepszej kondycji.
- Niech się dymią!!!…. ryknął Kroter i cięciem swojego, nowego miecza wzbogaconym o furię i pęd powalił najbliższych pięciu umarlaków, którzy stanęli w płomieniach. Towarzysze stanęli jak wryci widząc to, co się przed chwilą miało miejsce. Na zgrai zasuszonych wojaków, którzy kolejno wchodzili w ogień, zapalając się  i przewracając, nie zrobiło to żadnego wrażenia, czołgali się dalej roznosząc płomienie.
Tym czasem Korhan wycofał się aż pod właz próbując go podnieść, okazał się jakby cięższy i nie do ruszenia. Z nerwów walnął czekanem w ścianę nieopodal fresku. Ze ściany odpadł wielki płat tynku odsłaniając drewnianą ścianę ograniczającą przejście dalej.
-Chłopaki, chodźcie tutaj, prędko!!!!- krzyknął zabierając się do odrywania desek z mocowań- szybko pomóżcie mi, a może uda nam się uciec.
Kiedy tylko Kroter z Yiedarem dotarli do dowódcy od razu zabrali się do rozbiórki przeszkody. Udało się im oderwać dwie grube dechy, co pozwoliło przecisnąć się do kolejnego, prostego w budowie korytarza. Nie tak kolorowego i gładkiego jak ten który już znali, za to oświetlonego pochodniami gorejącymi od momentu otrzymania porcji powietrza.
-Spójrzcie- rzekł do reszty drużyny Yiedar- co tam leży?
-Pewnie śmieci… -odparł Kroter
-Gówno tam, śmieci- Korhan splunął i podszedł do znaleziska. –Przecież to szkielet, do tego owinięty w magiczny welon przekleństwa.
-O co tu mogło chodzić?- rzucił nowicjusz, mieczem podnosząc materiał.
Tym czasem zdechlaki, jak pieszczotliwie nazywał nieumarłych dowódca Aragenów, dotarły do drewnianej zapory. Drewno zatrzeszczało informując o granicach wytrzymałości. A żywych trupów- uzbrojonych po zęby żywych trupów przybywało co raz więcej napierając wspólnie na spróchniałe belki.
- To co robimy?- rzucił pospiesznie Yedar- bo widzę że nie wygramy tego starcia. Korhanie, ty jesteś najbardziej doświadczony w bitwach  i jesteś naszym dowódcą…..-urwał myśl tworząc ciszę wywierającą presję.
- Jak to, co robimy? Robimy to, co nasi przodkowie zrobili w bitwie pod Korhanis w drugiej erze, zastosujemy taktyczną symulację odwrotu- rzekł twardo dowódca Korhan.
- Więc,………uciekamy.- stwierdził Kroter odwracając się na pięcie;
-Ja to nazywam takty…- i Korhan nie dokończył kolejnej mądrości, bo w tym momencie pękły deski blokujące wejście a fala nieboszczyków poczęła sunąć w ich stronę, stopniowo przyspieszając. Ponadto z przeciwnego końca tunelu dał się słyszeć wściekły syk, właściwie coś między sykiem a piskiem mordowanej przez kota myszy, który ostatecznie rozniósł się po całym kurhanie do spółki z kwikiem mordowanego właśnie konia.
Dowódca spuścił głowę wypuszczając powietrze w geście ostatniego pożegnania swego przyjaciela.
Po czym podniósł głowę na powrót zwracając się do towarzyszy:
-Biegiem, na śmierć i zatracenie- pogonił drużynę głąb nowego tunelu  Korhan rozwalając czaszkę najbliższego zdechlaka.
No i pobiegli…..
Daleko uciekać nie musieli, gdyż tunel kończył się praktycznie parę metrów dalej. Cała trójka wypadła na schody, otaczające piedestał wiedźmy, potrącając jeden drugiego. Kroter pchany przez Yiedara złapał o tyle równowagi, że przed upadkiem wykonał dwa piruety wypuszczając miecz z ręki, który poszybował przez salę przebijając na końcu wiedźmę.
Dalej poszło sprawnie. Na początek wszystkie pędzące tunelem umrzyki na usługach czarownicy rozpadły się w proch, z tym że cały ów proch z rozpędu lądował na bohaterach. Sama wiedźma poczęła zmieniać kształt jednocześnie opadając na posadzkę zalaną zaschniętą krwią. Wijąc się, skręcając i ponownie wracając do swej naturalnej formy starucha wydaliła miecz ze swego ciała. Widząc to Yierdan podbiegł do niej, podniósł miecz Krotera i zamachnął się żeby rozciąć przeklęte truchło na połowę lecz opuścił broń, gdy nagle przed zwiadowcą zamiast starej wiedźmy stanęła półnaga, czarnowłosa, zmysłowa kobieta.
Zalotnym krokiem obeszła dookoła mężczyznę czarując go swymi wdziękami. Lecz kiedy chciała przekazać swemu oblubieńcowi ostatni pocałunek jego życia, Yierdan odepchnął piękność na wyciągnięcie ręki i bezceremonialnie urżnął wiedźmie łeb.



1 komentarze:

Anonimowy pisze...

"Cała ta demonstracja podtapiania łąki ma być tylko pokazem siły, który do niczego nie prowadzi"

Nie wiem czemu, ale po prostu kiedy to czytałem widziałem to.
Czemu takie krótkie? to nawet nie jest opowiadanie, wiec może ktoś raczy to rozwinąć?